Życie jak pudełko czekoladek-nigdy nie wiesz na co trafisz ;]
Spełniony sen.........droga do rozstania!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
2009-11-30 03:01:54
Dawno nie pisałam, nie dlatego, że moje sny zniknęły. Po prostu nie
miałam czasu. Dzisiejszy sen był tak mocny, wydawał się tak realny, że…
przypomniałam sobie o blogu. I tak oto mogę dodać kolejny wpis na mój,
poniekąd erotyczny blog. Ale do rzeczy!
Z pracy zadzwonił do mnie mój facet i powiedział, że ma dla mnie
niespodziankę. Powiedział, że wróci ciut później, ale za to da mi coś o
czym zawsze marzyłam. Poprosił, abym ubrała się bardzo seksownie.
Zasugerował, by w garderobie tej znalazły się pończochy i buty na
wysokim obcasie, najlepiej szpilki. Resztę pozostawił mojej inwencji i
wyobraźni.
Pomimo że prosiłam go o więcej szczegółów nie chciał powiedzieć nic więcej. Aż do wieczora umierałam z ciekawości.
Zbliżała się godzina, kiedy miałam poznać obiecaną mi niespodziankę.
Włożyłam na siebie białe pończochy wraz z pasem do pończoch, białe
szpilki (12 cm), na górę włożyłam białą, przeźroczystą koszulkę. Mój
facet nie miał okazji jej wcześniej poznać, myślałam więc, że i ja
troszeczkę go zaskoczę.
Dokładnie o umówionej godzinie wrócił do domu… z kolegą. Ja ubrana w
ten sposób, nawet nie miałam się gdzie schować, bo rozłożyłam się na
naszym łóżku. Zapomniał, że umawiał się ze mną. Pomyślałam, że wszystko
mi jedno, skoro zapomniał, że mamy “własne spotkanie” i przychodzi z
obcym facetem, to niech cierpi, że inni będą napawać się widokiem
mojego nagiego ciała.
Po krótkiej krzątaninie w przedpokoju, później w kuchni - weszli obaj do sypialni. Zaniemówiłam!
Obaj byli pół-nadzy. Mieli na sobie tylko slipki, które szyte były
na wzór fraka. Mój facet w ręku trzymał szampana, jego kumpel kwiaty.
Olbrzymi bukiet purpurowych róż.
- Marzyłaś, aby przeleciało Ciebie dwóch facetów, no to dzisiaj
spełnią się Twoje marzenia - powiedział, zupełnie beznamiętnie, mój
mężczyzna, stawiając szampana obok łóżka, na szafeczce nocnej.
Zaraz później drugi mężczyzna położył kwiaty na moim brzuchu. Były mokre, zimne… ale wywołały dreszcze, zdecydowanie rozkoszy.
Cofając rękę przesunął dłonią po moim udzie, dokładnie w tym miejscu
pomiędzy pasem do pończoch, a koronką pończoszki. Wzbudziło to we mnie
przyjemne uczucia, zwłaszcza że mój facet w tym czasie popatrzył mi
głęboko w oczy, uśmiechnął się i puścił oczko.
Nie odbyło się to tak, jak się spodziewałam. Mój mężczyzna tylko
pieścił mnie, całował i trzymał za dłoń, podczas kiedy ten drugi
zajmował się moją cipką. Najpierw lizał ją… bardzo długo…
Uwielbiam seks oralny i z pewnością wcześniej mój nowy kochanek dostał
odpowiednie lekcje. Robił to dokładnie tak, jak lubię najbardziej i tak
długo, a może nawet jeszcze dłużej niż zawsze chciałam.
Jego pieszczoty oralne sprawiły, że szalałam z podniecenia, czułam
jak soki namiętności wypływają w olbrzymiej ilości i niknął gdzieś
pomiędzy pośladkami.
Dopiero wtedy odwrócili mnie. Z wypiętą pupą, w pozycji na pieska,
przed sobą widziałam wzruszoną twarz mojego faceta, za sobą żarliwego
kochanka, który trzymając mnie za biodra - penisem pieścił wargi
sromowe. Nie będę opowiadała szczegółów, w każdym bądź razie nieziemską
rozkosz dało mi to, że obcy facet penetrował mnie całą od wewnątrz,
mocno i brutalnie, a w tym czasie mój misiu, delikatnymi pieszczotami,
liźnięciami ust i pocałunkami - dotrzymywał towarzystwa - akceptował
to, co daje mi taką rozkosz
Taak... Milczę już dłuższą chwilę; sama do końca nie jestem pewna,
dlaczego. Może czekam, byś ty sprowokował mnie do mówienia? A może po
prostu nie mam pojęcia, od czego zacząć. W gruncie rzeczy nie
nazywam się Aura; niewiele mam wspólnego z tym imieniem i chyba go
nawet nie lubię. Mojej matce bardzo się podobało i tak mnie ochrzczono.
Wytrwałam z Aurą do końca podstawówki bijąc i gryząc kiedy naśmiewano
się ze mnie; do liceum weszłam już jako Pia, chociaż w dokumentach
figurowało inaczej. Zauważyłeś, że nie zaoponowałam gdy nazwałeś mnie
Aurą? Przez tak wiele lat byłam Pią, wszystko, co wydarzyło się w moim
dorosłym życiu miało związek z Pią... Wystarczy. Nie zadawaj więcej
pytań na ten temat. Rozmawiasz z Aurą, a ona nie wie, czy uda jej się
wziąć odpowiedzialność za życie Pii.
Mur w moim wnętrzu, którym odgrodziłam się od świata, zbudowałam z
gniewu i samotności. Z przytępionej wrażliwości go zbudowałam. Trwałam
za tym murem rojąc, że jestem wolna. Ha, ha, ha, jak można być wolną w
ciągłej pogoni za czymś; w strachu, nie czując smutku?
Dałam się namówić na tę rozmowę, a teraz jestem na siebie zła. O czym
mam mówić: o smutku, o samotności? Zresztą, nieważne jakie masz powody,
żeby mnie wysłuchać. Wiem, że jeżeli teraz tego nie powiem, to już
nigdy.
Kiedyś pytałeś, czy powiem jak to działa... Nie chcę już niczego udawać. Teraz mogę być jedynie szczera.
Od pewnego czasu natrętne pragnienia i podszepty wypływają
niespodziewanie z otchłani mojego umysłu, pojawiają się nagle szepcąc
cicho i nieznośnie. Drażnią się ze mną powodując potężny niepokój. Są
to uczucia, które wyzwala byle bodziec- mignięcie telewizyjnego kadru,
sugestywna scena, zapach, tembr głosu; by wszystkie moje zapory pękły
niczym lodowa czapa. Powoduje to, że oddaję się pragnieniu, jedynemu i
potężnemu: chcę natychmiast spełnienia, chcę mężczyzny! Biegam jak
oszalała po mieszkaniu nie znajdując sobie miejsca.
Są to pragnienia mroczne, pragnienia destruktywne, niosące ze sobą
ciemność. I chcą one, bym odrzuciła swą moralność i obowiązki, bym
poddała się szaleństwu, dionizyjskiej zabawie i rozpuście. I chcą one,
bym w dzikim szale spełniała swe najskrytsze żądze pląsając w
korowodzie pijanych bachantek... Wybiegam z domu nie bacząc na porę, w
podrzędnym barze wypijam dwie setki i łowię ofiarę na dzisiejszą ucztę.
Mężczyzna nie musi być przystojny, nie musi być mądry, on musi chcieć
pójść ze mną do mego domu. Zazwyczaj jest chętny do miłosnych igraszek,
a o to mi właśnie chodzi.
- Jesteś mój...- Budzą się we mnie żądze tak wielkie, że rzucam się
łakomie na niego, gwałcę i niemal pożeram. Już po wszystkim ciskam
wystraszonego za drzwi.
- Wariatka! Nienormalna!- Krzyknął mi któryś- Diabeł cię opętał!
Ja, nienormalna? Opętana? Czy wyglądam na nienormalną....? Może i
nie wyglądam, ale nie radzę sobie z tym, co się we mnie dzieje. Ktoś
zamieszkał w moim wnętrzu i skutecznie, powoli zagarnia. Czuję się
brudna. Tak. Czuję się brudna. Czym bardziej chcę się z tego oczyścić,
grzęznę jeszcze głębiej za murem, który wyrósł we mnie. Wszystko, czego
doświadczyłam jest moim murem. Moje zniewolenie, opętanie, jak mówią;
diabli wiedzą, co jeszcze. Chociaż...
Coś sobie przypomniałam... W starym domu rodziców ojca, w którym stały
stare, stylowe meble; wśród nich był duży dębowy stół nakryty na co
dzień ciężkim, żakardowym obrusem sięgającym do ziemi. Wpełzałam pod
stół w salonie i ukryta pod żakardową serwetą bawiłam się sobą. Ponoć
to nic nadzwyczajnego, gdy dzieci poznają swoje ciało wędrując po jego
zakamarkach. Pod dębowym stołem robiłam ze sobą coś, co powodowało, że
wychodziłam stamtąd spocona i z zaczerwienioną buzią. Nikt nie odkrył
mojej tajemnicy. Nikt nie zauważył, jak z czasem ewoluowały dziwne
zabawy.
Z biegiem lat pisywałam mroczne, przesycone raptem, gwałtem i
zniewoleniem opowiadania. Była więc księżna, mąż księżnej, kochanek i
ciężka kara za zdradę. Syciłam się niedolą sponiewieranej księżnej,
przymuszanej przez księcia do hańbiącej uległości.
Wpadłam w końcu ze swoją \"twórczością\" a w domu rozegrał się dramat.
Tak, tak, dramat! Matka krzyczała, że jestem złą, zepsutą dziewczyną,
wyuzdaną rozpustnicą, że powinnam się wstydzić.
Ta zła dziewczyna miała wówczas dwanaście lat i słowo \"zepsuta\"
rozumiała w odniesieniu do lalki z urwaną nogą. Opowiadania, które
pisywała, były także na miarę dwunastu dziewczęcych lat.
Od tamtej historii już nie przelewałam na papier mrocznych opowieści,
ale nadal roiłam o rapcie, chociaż czułam się przy tym obrzydliwie
brudna. To dziwne, ale stale dokuczał mi ból, który zagnieżdżony pod
powiekami powodował pulsowanie w gałkach ocznych.. Zakazano mi
ciekawości tego, co dotyczy ciała. Fizyczny jego wymiar zaczął się dla
mnie od bólu.
Narastała frustracja i złość. Kipiały we mnie. Poznawałam różnych
mężczyzn, nawiązywałam przelotne romanse i usidlałam swoich partnerów
szybko porzucając, żeby inicjować kolejny związek. Byli słabi, czepiali
się mnie jak koła ratunkowego, pogardzałam nimi. Nie spełniali moich
oczekiwań. Sama nie wiedziałam wówczas, czego tak naprawdę szukam w
związku z mężczyznami. Aż do momentu, kiedy poznałam pana Wagę.
Tak... Myślę, że to ważne. Doszedłeś kiedyś w życiu do takiego punktu,
w którym zastanawiałeś się, jak potoczy się to życie dalej? Nie umiałam
się przyznać sama przed sobą, że nie widzę, co dalej. Próbowałam
bagatelizować, broniłam się, ale sam wiesz, jak to jest.
On był dla mnie ważny. Kto? Pan Waga. Czuły, ale stanowczy, Z nim
nareszcie rozmawiałam o swoich fantazjach i eksperymentowałam; to było
ekscytujące doznanie. Pierwszą chłostę odebrałam przechylona przez
oparcie rozłożystego fotela. Rzemienny pas osadzony na koziej nóżce-
wyjmował go z mosiężnej skrzynki stojącej na gzymsie kominka.
Pan Waga miewał jednak swoje humory. Popadał w depresyjne nastroje,
widział wtedy wszystko w czarnych barwach, zewsząd węszył zagrożenie i
był bardzo zazdrosny; rozliczał mnie z każdej minuty spędzonej poza
domem.
Zdarzyło ci się powiedzieć komuś, że nie chcesz słuchać jego wynurzeń, bo to cię zbyt wiele kosztuje? Mnie się zdarzyło.
Wypalałam się wewnętrznie słuchając pana Wagi w poczuciu winy, że nie
spełniam jego oczekiwań, traciłam siły udowadniając, że świat jest
boskim cudem. Odeszłam. Niepokój we mnie pozostał.
Rozbudzone zmysły nie miały zamiaru wyciszyć się. Z upodobaniem
przeglądałam zasoby Internetu wyszukując informacje o uległości i
dominacji. Przypatrywałam się mężczyznom na polskich portalach
\"klimatycznych\".
Mierziło mnie podejście do kontaktów damsko- męskich seksualnych
napaleńców puszących się wiele mówiącymi nickami: Black Master,
Master_przyjmie_niewolnice itp.; śmieszył dwudziestokilkuletni Mistrz,
któremu brak pokory wobec życia, a którego rozsadza napięcie. Drażnił
niespełniony w stałym (waniliowym) związku mężczyzna.
Na jakimś erotycznym portalu umieściłam wbrew logice swój anons:
Nazywam się Pia. Nie jestem masochistką sensus stricte, chociaż mam
tendencję do uległości. Nie interesuje mnie tresura, pseudo masteryzm,
łańcuchy ani andrzejkowe lanie wosku. Szukam dojrzałego partnera, który
podobnie jak ja, jest człowiekiem bez zobowiązań emocjonalnych; który
ceni i szanuje posłuszeństwo kobiety. Nie interesują mnie spotkania w
biegu, pomiędzy przelewem w banku a przerwą na obiad.
Wtedy poznałam Jorge. Zaczęło się to pewnego majowego dnia. W skrzynce mailowej znalazłam list, brzmiał mniej więcej tak:
Nie wiem, czy ty to TY....
48 lat, szczuply, wysoki, bez zobowiązań...
Nie wiem, czy oczekujesz związku 24/7 czy spotkań...
Nie wiem, czy to co piszesz to zabawa, czy sposób na życie...
Nie wiem, czy zaakceptowalibyśmy się wzajemnie....
Więc?
Jorge
Zaintrygował mnie swoim mailem, przykuł uwagę. Był on inny niż te,
które otrzymywałam od Masterów, Dominów, Władców i Panów. Taki
zwyczajny, cichy, bez narzucania się. Odpisałam na zasadzie przekory,
zabawy słowem.
Wiem, że póki nie usłyszę, jaki masz tembr głosu, póki nie wchłonę
Twojego zapachu, nie spuszczę oczu pod Twoim spojrzeniem, nie poczuję
Twojego dotyku ma mojej skórze- nie będę wiedziała, że Ty, to Ty.
Wiem, że póki nie spotkam się z Tobą, póki nie zamienimy tych spotkań w
zrytmizowany cykl- nie będę wiedziała, czy chcę 24/7, czy np. raz w
tygodniu.
Wiem, że najlepiej uczyć się poprzez zabawę, zatem dzięki zabawie właśnie można uczynić to, o czym piszę, sposobem na życie.
Wiem, że nie każdemu dane jest być dominującym i nie każdej -bycie
uległą. Tak jak w każdym związku, układzie musi być harmonia, tak też
musi spełnienie. I bezwarunkowa akceptacja.
Zatem...?
Korespondowaliśmy krótko. Jesteś zdziwiony? Kontakt wirtualny był
mi potrzebny, żeby od czegoś zacząć. A ja tak bardzo chciałam zacząć.
Przez długie lata zaprzeczałam sama sobie przekonana o swoim zepsuciu.
Niebawem usłyszałam jego głos w słuchawce- głęboki, aksamitny,
spokojny. Poczułam dreszcz. Miał nienaganną dykcję i świetnie modulował
głos.
- Nazywam się Jorge. Czy ty jesteś Pia?
A potem szłam na spotkanie z nim. Prosta, lniana sukienka, gładko
zaczesane włosy; niespokojne ręce. Wysoki, szczupły mężczyzna o
regularnych rysach i głębokich, czarnych oczach nachylił się nad moim
stolikiem. Moje nozdrza podrażnił zmysłowy zapach – nieco agresywny, o
nucie piołunu. Uwierz, nigdy wcześniej nie sądziłam, że kiedykolwiek
się to przydarzy: pierwsze spotkanie, pierwsza rozmowa, a ja byłam już
usidlona, zaanektowana, zniewolona. Jorge przyglądał mi się uważnie, a
nikły uśmiech nigdy nie znikał z jego twarzy. Prawie nigdy...
Od pierwszego naszego spotkania, które zanim do niego doszło nazywałam
\"rozmową kwalifikacyjną\", od pierwszego spotkania wiedziałam, że to ON.
Więcej rozmów kwalifikacyjnych nie było. Drżały mu ręce, kiedy zapalał
papierosa, ja miałam sucho w ustach. Rozmowa, trudne tematy:
- Jestem uległa.
- dominuję...
- Potrzebuję męskiej dominacji.
- Ja ci jej dostarczę...
- Chcę być dla ciebie na wyłączność.
- Nie ma nikogo w moim życiu. Jestem człowiekiem wolnym...
Pełnia, zawrót głowy, zachwyt. Czy to możliwe?!
Pamiętam dobrze naszą pierwszą wspólnie spędzoną noc. Samochód
pędził po mokrym od deszczu asfalcie a światło reflektorów ledwie
odbijało nawierzchnię. Wiózł mnie do siebie na przedmieścia
zdezelowanym oplem. Nieduży, drewniany dom kwalifikujący się do
remontu, a za domem stary, zaniedbany sad.
Magiczna noc- gwałtowna, gniewna, głodna. Zapadałam się w jego czarne jak studnie, pociemniałe z pożądania oczy.
Chłonął mnie dotykiem niecierpliwych rąk. Bolesna rozkosz; ekstaza
i cierpienie. Otwierał powoli, bardzo rozważnie dawkował ból,
zostawiając niedosyt- coś fantastycznego. Powodował, że stale byłam
nienasycona. I niespokojna. I wyczekująca.
- Jesteś moja, Pia- Szeptał- Nie oddam cię już nikomu...
Całował wściekłe pręgi na moich pośladkach, uwalniał ciało z
krępujących je więzów. Walczył ze mną. Mrok, erotyzm nocy znaczony
chłostą, powodujący mistyczne przeżycia i obietnicę znalezienia jakiejś
nieprzeniknionej głębi. Tak... Wtedy stałam się panterą. Kły i pazury,
którymi go raczyłam to był mój dowód na to, jak bardzo byłam gotowa na
niego. Smak krwi za paznokciami powodował, że mogłam zaszyć się w kącie
i godzinami rozmyślać o Jorge. Wtedy byłam przyczajoną panterą o
zwężonych oczach, zdecydowaną podjąć grę o ujarzmienie mnie. Byłam
gotowa.
Od tamtego czasu zaczęłam żyć jak w transie. Spotkania z Jorge w jego
domu stanowiły swoiste misterium ars amandi i trwały do świtu. Potem
dwie, trzy godziny snu i biegłam do pracy. Wieczorem znów Jorge. Miałam
wrażenie, że towarzyszy mi stale i wszędzie, że czuję tuż obok siebie
jego zapach: na ulicy, w sklepie, zawsze blisko.
- Żyję po to, by kochać ujarzmianie ciebie- Mawiał do mnie- a ty jesteś do tego po prostu stworzona, Pia.
Jeżeli bywało tak, że nie mogliśmy być razem- dzwonił. Kołysał mnie
słowami pragnienia, tęsknoty, pożądania; kusił wyobraźnię. Zatracałam
się w nich, rozbudzałam w sobie fantazje erotyczne. Grą zmysłów był
spacer, jaki odbyłam z Jorge wsparta na jego ramieniu. Prowadził ze mną
lekką konwersację, rozbawiony nieco moim zawstydzeniem.
- Och, Pia- przecież to wspaniałe! Mam przy sobie nagą kobietę.
Kobietę, która należy do mnie i to ja prowadzę ją ulicą. Jaki jestem z
ciebie dumny...
I ja na swój sposób byłam dumna ze swojej wolności, ze swoich wyborów.
Zrobiłam to dla mężczyzny, jestem dla niego zjawiskowa, najpiękniejsza
na świecie i ta cienka, batikowa chusta to mój dowód na to, jak bardzo
należę do niego. Powiedziałam mu o tym.
- Nie chcę, żebyś była marionetką- odpowiedział ze zniecierpliwieniem w
głosie- Masz wolną wolę. Ja tylko przygotowuję scenę na twój występ...
Zrobisz, co zechcesz.
Któregoś dnia opowiedział mi o nagiej kobiecie, którą kiedyś widział w
aucie na autostradzie. Natychmiast rozebrałam się i usiadłam obok niego
w samochodzie. Czułam dreszcz podniecenia na myśl, że mijający nas
ludzie będą widzieć moją nagość.
Noce z Jorge były namiętne, zmysłowe, dzikie. Kiedy odchodził na
chwilę, słyszałam jak skrzypiąc otwierają się drzwi szafy, kiedy sięgał
po kolejne narzędzie zadawania mi bólu. Czekałam na chłodny dotyk jego
ręki na mojej skórze i zanim ten dotyk przeminie, doświadczałam razów,
które spadały na ciało. Drżałam i prężyłam się za każdym
zamachnięciem...
Mówił, że działa na niego widok mojego smaganego ciała. A na mnie
działał odgłos spadających razów, jego miękki głos, kroki, kiedy
kierował się w stronę szafy...
- Pragnę więcej, chcę jeszcze...
Czy można zatracić granicę? A może nie doszłam jeszcze tam, gdzie
rozkosz zatraca się z cierpieniem. Bałam się tego momentu i pragnęłam
go.
Syciliśmy sie sobą zazwyczaj z ogromnym głodem, aż do wyczerpania. Nad
ranem zasypiałam, a kiedy budziłam się, leżał obok wsparty na łokciu i
patrzył na mnie skryty za swój uśmiech. Prawie nie sypiał.
- Nie potrzebuję snu- Mawiał- regeneruję się twoim bólem.
A potem dosiadał mnie mocno i głęboko, obróciwszy na brzuch; na zakończenie dodawał ze śmiechem:
- Diabelska moc tkwi w lędźwiach!
W ciągu dnia czułam się zazwyczaj nieco ociężała bólem w wychłostanym
ciele, obolała w nabrzmiałym kroczu, zmęczonych piersiach.
Pewnego letniego wieczoru, kiedy spacerowaliśmy, rozpętała się burza,
uciekaliśmy przed deszczem do pobliskiego kościoła. Na tle ciemnego
nieba budowla i gięte przez podmuchy wiatru drzewa, robiły ogromne
wrażenie. Wpadliśmy mokrzy do krużganku, mijając mroczne, tajemnicze
kolumnady. Nigdy nie zapomnę, jak przed schodami Jorge przyciągnął mnie
do siebie i zamruczał do ucha:
- Jest nielegalne, by kobieta lub mężczyzna uprawiali seks na schodach
kościoła po zachodzie słońca- zaśmiał się głośniej- chodź...
Pchnął wielką, kutą kratę i poprowadził do mrocznego wnętrza. Przez
okna sączyło się szare światło a utrzymane w czarnej, może
ciemnoczerwonej tonacji freski, czy polichromie, niknęły gdzieś pośród
chłodu, sięgając wysoko pod sklepienie. Usiedliśmy w wysokich ławkach w
jednym z tylnych rzędów. Bez słowa sprowadził mnie na kolana między
swoimi udami...
Pewnego razu przyjechał po mnie do pracy i powiedział, że chce coś
pokazać. Śmiałam się i niecierpliwie dopytywałam, co to takiego.
Wsiedliśmy do windy w jakimś wysokim biurowcu, Jorge nacisnął przycisk
ostatniego piętra. Gwałtownym ruchem odwrócił mnie tyłem do siebie,
oparłam się policzkiem o lustro na ścianie windy, poczułam jego ręce
podnoszące sukienkę, szczęknęła klamra odpinanego od spodni paska. W
tafli lustrzanej widziałam jego twarz z której znikł uśmiech, Oczy nie
miały źrenic, całe były ciemnością, wargi odsłoniły zaciśnięte zęby.
Zadawał mi ból. Siekł zamaszyście moje uda mocnymi uderzeniami,
przytrzymywał za kark dociskając twarzą do tafli lustra. Po raz
pierwszy poczułam strach, chciałam krzyczeć, lecz zasłonił mi usta
ręką. Aż do spełnienia. Uśmiech znów powrócił na jego twarz, kiedy
ocierał łzy z moich policzków.
- Nie płacz, dlaczego płaczesz? Chciałaś tego, prawda?
- Jorge, a gdzie w tym wszystkim jest miłość?- Niczego nie rozumiałam, dusiłam się od płaczu.
- Miłość, Pia? Przesada, to tylko biochemia. To tak, jak duża tabliczka
czekolady. Korzystałaś ze złych źródeł na temat miłości. Zobaczysz,
napiszemy własną księgę.
Wiesz, niektórzy uważają że przeżycia związane z uległością to coś,
czego nie można porównać z niczym innym, przypływ energii która z
poczuciem zależności wobec mężczyzny wraca do ciała, czuje się to i
wie, że tak wygląda szczęście. Wydaje mi się, że w pokornym oddaniu się
do dyspozycji my, uległe, jesteśmy bardziej zmysłowe niż inne kobiety.
Tak, erotyka gra bardzo dużą rolę w naszym życiu. Używamy bólu jako
wzbogacenia miłości, wtedy sam akt zniewolenia jest o wiele bardziej
wyrazisty Ból podczas miłości jest inspirujący, sprawia że chce się
więcej. A ból mnie podniecał; nawet nie wiesz jak bardzo... Łatwo można
się zatracić... Tak bardzo łatwo... Próbowałeś kiedyś w ten sposób? Nie
opiszę ci tego teraz, nie znajduję słów, by opisać.
- Pia, ty jesteś uzależniona od niego!- Krzyknęła pewnego dnia moja
przyjaciółka, której z rozmarzeniem opowiadałam o swoim kochanku- To
nie jest miłość. Dziewczyno, opamiętaj się!
Uzależnienie? Nie rozumiałam, co do mnie mówiła.
- Jestem zakochana- Odpowiadałam.
Wracały jednak do mnie słowa Jorge: zobaczysz, napiszemy własną księgę.
Pomimo ogromnego pociągu fizycznego, odczuwałam tęsknotę do czułych
gestów, bliskości, ogarniał mnie niepokój, nieustannie myślałam o moim
mężczyźnie, wspomnienia przeżytego bólu wprowadzały w dziwny stan.
Potrzeba ciepła zlewała się z pragnieniem szczęścia, kreśliłam
nierealne obrazy przyszłości.
Tęskniłam za czymś, czego w istocie nigdy nie poznałam…, tęskniłam za
mężczyzną, który tak naprawdę nigdy nie pozwolił mi zbliżyć się do
siebie; tęskniłam za nieznanym... Kiedy próbowałam podejmować rozmowę
na ten temat, stawał się drażliwy i gniewny; albo szybko zmieniał temat
i proponował dużo różnych rzeczy. Nie mogąc sobie z tym poradzić,
napisałam do niego e- mail. Myślałam, że kiedy na spokojnie go
przeczyta, będziemy mogli porozmawiać:
-Nie skarżę się, że akceptuję to drżenie rąk i serca kołatanie. Tak
wiele jest uroku w przyspieszonym oddechu, nad którym nie mogę
zapanować, uwielbiam gdy cucisz mnie policzkiem, kiedy oszalała z bólu
odchodzę od zmysłów. Ubóstwiam wprost spotykać się w szczerym polu z
uczuciem paniki, że za chwilę zapadnę się w nicość, a ty odejdziesz. I
użyjesz tysiąca słów aby nic nie powiedzieć. W windzie umawiam się z
klaustrofobią, lecz najbliższy jest mi właśnie on- nie zawiódł mnie
nigdy Przyjaciel mój - Lęk. Jorge, myślę, że cię kocham, ale zaczynam
się bać. Gdzie ty w tym wszystkim jesteś, Jorge?
Zadzwonił do mnie nazajutrz rano. Jego głos był chmurny i twardy.
- Nic nie zrozumiałaś, Pia. Czyż nie dałem ci tego, co chciałaś? Czy
nie doświadczałaś, jak bardzo jestem tobą zainteresowany? Zawsze, ale
to zawsze byłem obok ciebie. Ale ty jesteś próżna, kochasz tylko siebie
i chcesz mnie usidlić. Wszystko zepsułaś, sama jesteś sobie winna. Ale,
czy musiało tak być, Pia? Chciałem być dla ciebie. Widać, nie
potrafię... A ty swoim mailem napisałaś mi epitafium!
Palce, którymi obejmowałam słuchawkę telefonu boleśnie
zesztywniały. Głos Andrzeja dawno przebrzmiał, a w ucho wwiercał się
bezduszny sygnał przerwanego połączenia. To była nasza ostatnia
rozmowa. Nie zobaczyłam już Jorge. Zaczęły się dla mnie dni pełne
zwątpienia; odczuwałam ogromny niepokój. Wyobraź sobie taką scenę:
kobieta drepcząca w miejscu na parkingu przed biurowcem. Drepcząca
godzinę, dwie... Groteskowy obraz tej, która czeka na spotkanie z
mężczyzną; na spotkanie, do którego ostatecznie nie dojdzie, bo ON nie
przyjedzie, bo wszystko skończone. Siedziałam w tramwaju zaciskając
szczelnie powieki, by uwięzić łzy. Spływały jednak kącikami oczu,
szczypiąc słonym posmakiem na krawędzi warg.
Pragnienie zrodzone z ciała, najgorsza tortura, jaką mogłam sobie
wyobrazić, pożądanie tak ogromne, że graniczyło z bólem.
Niepokój, pożądanie, tęsknota, niczym żywa rtęć rozlewały się we mnie.
Boli. Całe ciało od stóp po cebulki włosowe; załzawione oczy, wygięte
ręce; wszystko boli. Szarpie tępo i nieustająco. Zatracałam się w tym,
wyniszczałam. Pełna nienawiści do siebie biegłam w miasto, aby złowić
mężczyznę, usidlić i nasycić żądze. Każdemu z mężczyzn zaglądałam w
oczy, szukając w nich Jorge
Sama sobie zadawałam chłostę, ale to powodowało tylko wewnętrzny
rozkład. Bagno ran i niezrozumienia. Taki ból rodzi pragnienie
wyzwolenia. Pragnienie silniejsze od ludzkich ograniczeń i fizycznych
praw.
Nie mogę tego dobrze opisać. Wszystko przestało być na swoim miejscu.
Uczucia, które obumierając wzrastają bólem. Umysł nie pojmie takiego
bólu, takiego cierpienia. Trzeba to przeżywać, przechodzić dzień po
dniu, do nicości.
- Dobrze - Myślałam- niech oczyści mnie ból.
Wbijałam zęby w poduszkę, pozwalając zabrać się ciemności, ale
świadomość, że nie ma już Andrzeja, tylko ten ból potęgowała. Chwilami
miałam wrażenie, że leży przy mnie Demon, który oplótł moje ciało
wężowym oplotem. Innym razem, kiedy wyrzuciwszy za drzwi wykorzystanego
mężczyznę biegłam do łazienki wziąć prysznic, z lustrzanej tafli
patrzył na mnie wilczy pysk. Patrzył i uśmiechał się, lekko obnażając
kły.
- Co ty robisz, Pia- Szydził- spójrz na siebie, jak ty wyglądasz. Czy mogłabyś mi właściwie powiedzieć, o co ci chodzi?
Osuwałam się wówczas na podłogę i gryzłam palce kołysząc się na piętach.
***
Pamiętasz, kiedy spotkaliśmy się w kinie? Usiadłeś obok uśmiechając się
nieśmiało. Spojrzałam na ciebie przelotnie raz i drugi. Oglądaliśmy
\"Adwokata Diabła\" i nie mogłam oderwać oczu od ekranu. Płakałam.
Wróciły do mnie słowa Jorge: \"Miłość to biochemia\" Jak się stało, że
zaczęliśmy ze sobą rozmawiać? Teraz myślę, że miałeś być moją kolejną
zdobyczą, żeby zagłuszyć tępy ból. Wciąż szukałam granicy na której się
zatrzymam, zagubiłam się nie zauważając, że ranię wszystkich, którzy
się do mnie zbliżali, że wyniszczam przede wszystkim siebie. I wtedy
dokonało się coś niesamowitego - zaczęłam cię słuchać. I coś znacznie
ważniejszego- chciałam, żebyś ty wysłuchał mnie.
Często jest tak, że trzeba wbrew sobie i w niewiedzy wyjść na
pustkowie, aby zobaczyć nicość, dotknąć tego, co sprawia ból, zmierzyć
się z ograniczeniami. To, co na pozór wydawało mi się śmiercią, okazało
się ocaleniem; trucizna zadziałała jak lekarstwo.
Demon w jedwabnych rękawiczkach dokonał na mnie wiwisekcji. Czy
chciałabym pozszywać poprute swoje życie? Wiesz jak to strasznie brzmi?
Słyszysz, co mówisz?
Mam wrażenie, że muszę na nowo stworzyć samą siebie, że nie uda się z
tych poszarpanych skrawków, którymi teraz jestem, uczynić całości. I
dopiero wtedy, kiedy szwy solidnie się zabliźnią, stanę przed tobą:
nareszcie wolna- posłuszna, ale nie uległa.
Napisałam do Niego list.
Wszystko, co mi się wyśniło tej nocy... Wszystko, czego według
domniemanych praw ludzkich i boskich, powinnam się wstydzić. Przecież
jestem mężatką. Świat nie pochwala nawet takich myśli. Ale czy ja
odpowiadam za swoje sny?
Uśmiechnęłam się. Oczywiście, że ja odpowiadam. To, co we mnie jest
prawdziwe i być może nieprzyswajalne dla szerszego grona, ale jakżeż
ludzkie, przejawiło się w tym śnie.
Wszystko to przelałam na papier.
Najdroższy.
Śniłam Nas.
To było piękne i najbardziej poruszające wrażenie erotyczne, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam.
Ale może zacznę od początku.
Sen ma to do siebie, że nie zawsze możesz umiejscowić akcję w czasie i
przestrzeni. Ma też tę zaletę, że jeśli chcesz, możesz we śnie być miss
świata. Ale ja takiego szczęścia nie mam. Może zbyt mocno stąpam po
ziemi? A może po prostu wystarczy idealizować tylko jedno z pary? Ja
byłam po prostu sobą.
Otworzyłam oczy, rozespana... Nie do końca wiedziałam, co było tego
powodem. Po chwili dopiero się dowiedziałam : zabrzmiał dzwonek do
drzwi.
- Widocznie to już któryś z kolei dzwonek - pomyślałam.
Powolutku i ze zmysłowością, którą daje tylko senne rozmarzenie, podniosłam się i ruszyłam w stronę drzwi.
Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zerknąć przez \"judasza\". Albo w
snach jestem nieśmiertelna, albo tak głupia, że naprawdę mierzę
wszystkich swoją miarą i nie obawiam się żadnego zagrożenia. Otworzyłam
drzwi, dokładnie tak samo, jak otwieram serce dla stojącej przed nimi
osoby. Bez wahania i z całą ufnością. I w tej samej sekundzie się
uśmiechnęłam. Widocznie nie było to dla mnie zaskoczeniem, Twój widok,
przed moimi drzwiami, w środku nocy...
Ciągle półprzytomna, rozespana, przytuliłam się do Ciebie, i wtedy
poczułam, że to właśnie dziś. Że nic więcej nie jest ważne, że nie
istnieje świat, czas, ludzie... Jakbyśmy nagle zostali sami na całym
świecie i byli jednością. Jedna dusza... Należałam do Ciebie tak
bardzo, jak Ty należałeś do mnie. Może tylko przez tę jedną noc, ale
absolutnie.
I nieistotne było, że jestem potargana, w jakiejś koszulinie, nieprzytomna od niedospania. Byłam ja i byłeś Ty. I nic innego.
- Otwarte drzwi - uzmysłowiłam sobie nagle.
Spojrzałam w ich kierunku, a one... same się zamknęły. I nie byłam tym wcale zaskoczona.
- Widać to jest naprawdę noc cudów - uśmiechnęłam się w duchu.
Podniosłeś mnie z ziemi. Oplotłam Cię nogami i zdałam się całkowicie na
Twoją łaskę i niełaskę. Było mi tak doskonale wszystko jedno, dokąd
mnie zaniesiesz, że sama w to nie mogłam uwierzyć. Byłam po prostu
Tobą, częścią Ciebie i mogłeś zrobić ze mną wszystko co chciałeś. Tak
naprawdę wcale mnie nie obchodziło, co będzie sanktuarium naszego
uczucia. Jakbym nie istniała w przestrzeni ani w czasie.
Przytulona, z zamkniętymi oczami, z ustami w zagłębieniu Twojej szyi...
płynęłam. Czułam całą sobą płynące od Ciebie ciepło. Pomyślałam, co
chciałabym dla Ciebie zrobić... Chciałam pieścić i całować każdy
skrawek Ciebie, każdy Twój włosek... Poczułam dreszcz wstrząsający
Twoim ciałem. Jakby nasze skóry były nie granicą, ale łącznikiem między
nami. Nagle stało się dla mnie jasne, że wszystkie słowa i gesty stają
się zbędne, że nasze wspólne ciało będzie wiedziało instynktownie, co
robić.
Kiedy złożyłeś mnie na pozostawionym w nieładzie po moim samotnym śnie
łóżku, a zrobiłeś to z taką pieczołowitością, jakbym była jakimś
bezcennym kryształem, moje dłonie jakby same z siebie zaczęły
wędrówkę... Delikatne muśnięcia opuszków palców na Twoich ramionach, na
karku. Pocałunek tak zmysłowy, że oboje chcieliśmy ciągnąć go w
nieskończoność. Tuliłeś mnie mocno, jak jakiś skarb, jakbyś się bał, że
zaraz zniknę i próbował do tego nie dopuścić. Czułam, jak włoski na
naszym ciele wstają na wzór łanu zboża...
Naszym? Tak,właśnie naszym.
Rozkosz nie do opisania.
- Jeśli teraz jest tak wspaniale, to co będzie dalej? Zwariuję? -
przemknęła mi przez głowę myśl. Odgoniłam ją z całą premedytacją.
Nasz oddech stał nas jednością, wspólny pot oblewał nasze wspólne
ciało, z ust wydobywał się wspólny, prawie bezgłośny jęk rozkoszy.
-Nirwana? Może się schować - znów jakaś galopada myśli.- Po co mi myśli?
Słyszałam bicie serc. One, które jak dotąd na pozór spokojnie
odmierzały mijające sekundy, nagle jakby dostosowały się do
przyspieszonego oddechu i podnieconych ruchów. Tak - serca. Bo to
jedyne,co w nas zostało odrębne.
Ale pewnie i to się zmieni.
Koszulka, Twoje spodnie, koszula... Trzeba pozbyć się wszelkich rzeczy
dzielących nas od siebie. A dokładnie oddzielających naszego łącznika,
skórę. Jakbym odkrywała świat na nowo :
- Czy to możliwe, żeby skóra była tak wrażliwa?!
Każdy Twój oddech czułam jak gorące tchnienie tajfunu, porywał i
zatracał mnie w rozkoszy. Nawet taka pieszczota - nie - pieszczota,
jaką było przesunięcie Twej ręki nad moim ciałem, gdy jej włoski
delikatnie mnie musnęły, też było jak porażenie prądem. Przez nasze
ciała przepływały fale rozkoszy na przemian z rozdzierającym uczuciem
pożądania. Oboje byliśmy zszokowani siłą wrażeń. Jakbyśmy dotąd nie
istnieli, a stali się nagle i... nieodwracalnie? I jakaś irracjonalna
nadzieja, że ten stan może trwać wiecznie.
- Jesteś kawałkiem mojej duszy, czy to możliwe? - wyszeptałeś mi wprost
do ucha. Znów dreszcz rozkoszy. Nie odpowiedziałam. Po prostu w tej
chwili poczułam, że to jest prawda. Ale prawda na - tu i teraz. Zamiast
odpowiedzi zaczęłam wędrówkę po Twoim ciele... Dłonie, usta, piersi
tańczyły na Twojej skórze jak na estradzie. Byłam wszędzie. Jak
powietrze otoczyłam Cię sobą i jak ono potrafiłam nagle wcisnąć się w
każdy zakamarek Twego ciała. Usłyszałam Twój stłumiony jęk, zabrzmiał,
jakby nagle zabrakło Ci tlenu. A przeze mnie przebiegł dreszcz.
Wszystkie zmysły wyostrzone do jakichś nierealnych rozmiarów, słuch...
Kto by pomyślał, że słuch jest tak czułą strefą erogenną? Rozpłynęłam
się. Zrobiłabym wszystko, żeby tylko słyszeć ten dźwięk, wciąż od nowa
i znów. Moje usta rozpoczęły swą podróż wzdłuż Twojego ciała. Poznawały
na własny użytek Twój smak i zapach. Zakręciło mi się w głowie. Nawet
przez moment miałam ochotę Cię ugryźć, żeby posmakować, czy naprawdę
jesteś taki pyszny, jak twierdził mój język. Odkryłam, że jestem
ciekawa, jak smakuje każda część Ciebie, czy tak samo, czy każda
inaczej. I właśnie wtedy przemknęło mi przez głowę, że muszę to
sprawdzić. Właśnie dziś, właśnie teraz.
Podróż po Twoim ciele rozpoczęta. Dokąd dotrę? Gdzie pozwolisz mi
zaparkować? Ile wytrzymasz? I... ile razy uda mi się usłyszeć ten
cudowny jęk? Te pytania stały się najważniejsze, po co trudzić się
filozoficzną, egzystencjalną zadumą, kiedy takie właśnie proste pytania
są tak naprawdę najważniejsze? Zrozumiałam, że wcale mnie nie
interesuje odpowiedź na pytanie, które zadaję sobie przez całe życie -
co to jest miłość? Bo... ta miłość stała przede mną. Naga i pozbawiona
osłon, prosta i czytelna. Gdzieś w głębi podświadomości wiedziałam, że
kiedy ta noc się skończy, znów tego nie będę rozumiała, ale w tej
chwili było to dla mnie przeraźliwie jasne.I jakby kontynuując myśl,
powiedziałam :
- Kocham Cię.
Bez niepotrzebnego uniesienia, bez żadnych dodatkowych emocji, po
prostu tak, jakbym zrozumiała największą tajemnicę życia i była ona dla
mnie tak prosta jak najprostsze matematyczne równanie.
Twoje oczy, tak - właśnie oczy - uśmiechnęły się do mnie. I wiedziałam,
że wiesz. Że już niczego nie muszę Ci wyjaśniać. Słowa okazały się
zbędne.
I moje usta, jakby bez pytania mojej świadomości, zaczęły swój taniec.
Słonawy smak potu na szyi - nie wiedziałam, że podziała na mnie jak
prawdziwy afrodyzjak. Ciepłe i słodkie ramiona... Piruety wzdłuż
kręgosłupa... Mój język czuł każdy pojedynczy mięsień, każdą żyłkę,
każdą komórkę Ciebie i zachwycał się nimi. Posapywałeś i prężyłeś się,
ale ja czekałam na ten upragniony dźwięk. I wiedziałam, wiedziałam na
pewno, że się go doczekam. To tylko kwestia czasu.
Każda pojedyncza komórka naszych ciał wibrowała pożądaniem. Coraz
bardziej niecierpliwe ruchy, coraz szybszy oddech, coraz mocniej bijące
serca. Coraz większa potrzeba spełnienia.
Wziąłeś mnie w ramiona i Twoje dłonie zaczęły najczulszy i
najdelikatniejszy spacer, jakiego nawet nie udało mi się dotąd
wymarzyć. Wydawało mi się, że dłużej tego nie wytrzymam. Musiałam,
czułam, że muszę ogarnąć Cię sobą, schować w siebie i dać Ci
nieporównywalne z niczym poczucie bezpieczeństwa. Może to symbol, ale
nie miałam najmniejszych oporów przed otwarciem się na Ciebie.
Dosłownie i w przenośni. Nie byłbyś intruzem, byłbyś dopełnieniem,
jakbyś stanowił brakującą część mnie.
Delikatnie oparłam dłonie na Twoich ramionach i zmusiłam do położenia się. Chciałam tego, tu, teraz, zaraz.
Ale chciałam tego tak właśnie jak lubię. Potulnie poddałeś się moim
gestom a ja usiadłam na Twoich udach i najpierw ostrożnie, jakbym nie
chciała Cię spłoszyć, zaczęłam pieścić Twoje piersi, brzuch. Czułam jak
przechodzą Cię dreszcze. Do taktu tańca moich dłoni dołączyłam zmysłowe
ruchy bioder...
Nawet nie wiem, kiedy i jak to się stało, ale wypełniłeś mnie sobą
całkowicie. Znów usłyszałam jęk. Twój, mój, nasz. A w nas zapłonął
ogień. Nie, nie ogień, wrząca lawa, rozpalona do białości. Płynęła
przez nasze ciało, jakby nie było nas, jakbyśmy stali się jedną z
gwiazd na nieboskłonie. Gwiazd, drgających jednym rytmem, świecących
własnym światłem. Może nawet świeciliśmy?
W tym momencie nie było już odwrotu. Choć tak naprawdę nie było go od początku.
Jak dzika kotka łasiłam się do Ciebie, poczułam dłonie na moich
pośladkach, pewnie obawiałeś się, że mnie zgubisz, że się
rozdzielimy... A może to ja się tego obawiałam? Nie wiem. Nie
istnieliśmy jako odrębne ciała, więc po cóż te obawy?
Nachyliłam się nad Tobą, moje włosy muskały Cię zapachem...
Przywarliśmy do siebie. I nagła cisza... Spokój. Taki do głębi. Zawsze
tak reagowałam na Twój dotyk, ale teraz oboje poczuliśmy to samo : po
co się spieszyć? I w tym momencie zrozumieliśmy, że nie chcemy jeszcze
zdobyć tego szczytu, że jeszcze nie, że to wszystko zbyt piękne, żeby
to skończyć, skrócić, ograniczyć.
Zsunęłam się i przywarłam ustami do Twojego mokrego kluczyka. Moja i
Twoja wilgoć, na nim, splątane na kształt winorośli... Mój język zaczął
figle, szukał najbardziej ukrytego przed światem miejsca. Tak... Ten
dźwięk. Znów ten dźwięk. Wiedziałam, że na to czekałeś, wiedziałam, że
tylko ja potrafię dać Ci taką rozkosz... Kiedy już utonąłeś w moich
ustach, kiedy językiem badałam go całego, wyszeptałeś :
- To niebo...?
I szept ten przerodził się w jęk.
- To zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe...? - nie wytrzymałam.
Nie odpowiedziałeś, ale przecież nie po to pytałam.
Byłam mokra... Od potu, od łez szczęścia... Ale dreszcze, które mną wstrząsały nie były spowodowane chłodem.
Nie dałeś mi odpocząć. Ująłeś dłońmi moje biodra i zanim się
zorientowałam, do czego zmierzasz, poczułam Twój gorący język na mojej
skąpanej w wilgoci szpareczce.
- Mmmmm.......... - na tylko, lub aż tyle byłam w stanie się zdobyć.
Był delikatny i czuły, taki jak Ty.
Pieścił moja dziurkę, dotykał całej. Zagłębiał się we mnie, by po
chwili przesuwać się wzdłuż. Spijałeś nadmiar mojej wilgoci, wysysałeś
ją. Zamknęłam oczy. I tak jak Ty przed chwilą poczułam, że jestem w
niebie... Dłonie... ileś Ty miał tych dłoni?? Czułam je jednocześnie
wszędzie, na udach, piersiach, dosłownie wszędzie. Całe moje ciało w
Twoim władaniu. Oddawałam się im bez reszty, z całym zaufaniem.
Ale rozkosz, jaką odczuwałam była nieporównywalna z niczym. Jakbym miała za chwilę zwariować ze szczęścia.
Znów oszałamiająca fala dreszczy i jęk..., nie, już nie jęk, to był
krzyk !!! Mój krzyk !!! Pierwszy raz w życiu krzyczałam z rozkoszy. To
był mój pierwszy krzyk, tak samo prawdziwy, jak ten z chwili narodzin.
Jakbym się urodziła po raz drugi. A Ty... jakbyś nagle uwierzył i
zrozumiał, że Twoja miłość jest dla mnie cudem i początkiem nowego
życia, przytuliłeś mnie z całą czułością i pocałowałeś. I w tej
rozdygotanej świadomości siebie i swojego zaistnienia poczułam Twe usta
jak trzepot skrzydeł motyla. Jakby symbol metamorfozy. Jakbym z
poczwarki stała się przepięknym motylem miłości. Rozpostarłam
skrzydła...
Przylgnąłeś rozpalonymi ustami do mojej piersi. Tak jak spragnione
dziecko. Poczułam ten dotyk jak przeszywający prąd. Moje piersi, jakby
tylko na to czekały, przebudziły się. Od razu piękne i kwitnące, jak
nigdy. Przywarłeś a ja marzyłam, żeby to trwało wiecznie. Miałam ochotę
mruczeć, jak zadowolona kotka, ale podniecenie pozwoliło mi wyłącznie
na jęk.
- Przytul mnie. Ukryj się we mnie i schowaj mnie w sobie - błagałam bezgłośnie.
Poczułam się maleńka, wiedziałam, że Twoje ciało może ukryć mnie pod
sobą bez reszty, a jednocześnie tak wielka, żeby Ciebie całego schować
przed światem.
Nie każdy kluczyk pasuje do każdej dziurki, ale kiedy wniknąłeś we
mnie, wiedzieliśmy oboje, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
Wystarczyłoby parę ruchów, ale nie chcieliśmy się spieszyć. Powoli,
jakby każda sekunda przedłużała się w nieskończoność, zacząłeś się we
mnie poruszać
- Taaaaakk... - wyszeptałam Ci przeciągle do ucha - Właśnie tak... To
najcu.... - chwila ciszy i reszta szeptu zniknęła w rozdzierającym jęku
rozkoszy. Drżałam i pulsowałam nią na całym ciele. Czułam, że i Ty się
już nie powstrzymasz. Pragnęłam zobaczyć i usłyszeć Twój orgazm.
Wiedziałam, że wtedy spełnią się moje marzenia o największym z
możliwych moim dla Ciebie podarunku. I wtedy...
Byłeś jak wulkan, wulkan emocji, wulkan energii, dosłownie i w
przenośni. Nawet nie umiem opisać, co czułam. Wiem jedno - pod wpływem
tego wrażenia poczułam znów ogarniajacą moje ciało falę rozkoszy. I
nagle pojęłam, że \"ziemia poruszająca się\" pod kochankami to nie
wymysł, nie bajka. Że to może zaistnieć.
Przywarliśmy do siebie w spazmatycznym uścisku. Połączył nas
ostatecznie i na wieczność. A jednocześnie paradoksalnie rozdzielił.
Było to dla nas obojga jasne i zrozumiałe, ale jednocześnie wzbudziło
żal i poczucie niedosytu.
- To nie może być ostatni raz. - powiedziałeś, przytomniejąc.
Odruchy buntu. I we mnie tkwią głęboko.
- Pamiętaj, że to tylko sen - usłyszałeś w odpowiedzi.
Metaliczne pobrzękiwanie.
Półprzytomna otwieram oczy.
Spoglądam w kierunku dochodzącego dźwięku. W drzwiach staje... mój małżonek.
- Cześć, miałeś dużo pracy? - z uśmiechem, choć wyraźnie nie miałam nań ochoty, pytam.
- Zmęczony jestem, daj mi spokój - zawarczała moja druga połowa.
Chciałabym się przytulić, ale wiem, że to bezcelowe. Cóż, sen się skończył.
Moje życie...
Jesteś już naga, gorąca, rozpalona... spieczone wargi, przyspieszony
oddech... Błagasz mnie, bym zrobiła to szybko... Ale ja lubię się
bawić... drażnię Cię... dotykam Twoich warg swoim wilgotnym językiem...
nie pozwalam na pocałunek... Jęczysz... Ale ja jestem bezlitosna...
Ujmuje w obie dłonie Twoje piersi... A potem sutki... Ściskam je
mocno... Mój język błądzi po Twojej szyi... Czuję, jak mój brzuch
dotyka Twojego łona... Jest gorące i wilgotne... Nabrzmiewasz bardzo
szybko... Wydajesz z siebie jęki, ale ja ciągle jestem nieugięta...
Liżę Twoje sutki... Ssę je coraz mocniej... Sterczą i kuszą mnie
strasznie... Jesteś cała wilgotna... Twoja skóra nie może już
oddychać... Zaczynam zataczać językiem kręgi wokół Twojego pępka... Już
nie jęczysz, ale prawie krzyczysz... Wijesz się błagając, bym dotknęła
Twojej cipki... Ja jestem wciąż głucha na Twoje prośby... Brzuchem
coraz mocniej napieram na Twoje łono... Moje dłonie błądzą po Twoich
gorących piersiach... A język wykonuje szaleńczy taniec i smakuje każdy
skrawek Twojej skory... No, dobrze... zlituje się... Pochylam głowę...
Jestem już pomiędzy Twoimi udami... Całuje ich wnętrze... Rozchylam
delikatnie Twoje kędzierzawe włoski na łonie... Wysuwam język...
mmmmmmmm tak... wreszcie czuję smak Twojego podniecenia... Twoja
łechtaczka jest nabrzmiała i wilgotna... Obejmuje ją ustami...
Zaczynasz głośno jęczeć i wzdychać... Językiem zataczam kręgi... Wsysam
się w Ciebie... Ssę Cię... Liżę.. i delikatnie gryzę Twoje wargi i
łechtaczkę.... Krzyczysz... Wsuwam język głęboko w Ciebie... czuje
Twoje soki... mmmmmmmmmmmmm jak cudownie... Ubóstwiam ten smak... Smak
rozkoszy kobiety... Rżnę Cię języczkiem bezlitośnie... Konasz od moich
pieszczot... A moje palce ściskają mocno Twoje twarde sutki... Nie
możesz już wytrzymać... Krzyczysz głośno, wijesz się pode mną... Jesteś
tak nabrzmiała i mokra, że moja twarz jest cała w Twoich sokach...
Nagle wstrząsają Tobą spazmy... Nie mogę już zapanować nad Twoją
rozkoszą... Twoja pochwa obejmuje ciasno mój język... Czuję skurcze...
Jeszcze kilka ostrych, kurczowych ruchów całym ciałem i powoli
zaczynasz się uspokajać... Pulsowanie powolutku ustaje... Łechtaczka
znowu staje się miękka i malutka... Jestem cała mokra... od potu, od
Twojego śluzu... Patrzę na plamę na prześcieradle... Wdycham powoli
zapach rozkoszy unoszący się wszędzie... Leżysz naga, bezwstydna...
zupełnie pozbawiona sil... Znowu sprawiłam kobiecie rozkosz...
Uwielbiam to...
Leżę naga w pościeli... Czekam na Ciebie i drżę na myśl o tym, co zaraz
będzie... Pojawiasz się również naga... Kładziesz się obok mnie.
Przytulasz się całym ciałem. Czuję piersiami Twoje piersi, brzuchem
Twój brzuch... Szukam Twoich ust... Delikatnie wysuwam język i oblizuję
Twoje wargi, rozchylasz je... Wsuwam język w Twoje usta. Koniuszkiem
języka gładzę Twój język, pieszczę podniebienie, czuję wilgoć i
ciepło... Nie przestając Cię całować, ujmuję dłońmi Twoje piersi.
Zaczynam je głaskać. Są takie delikatne i aksamitne... Sutki podnoszą
się powoli, jakby budząc się do życia, czuję pod opuszkami palców gęsią
skórkę... Dobrze Ci... Gładzisz moje pośladki... Podnoszę się odrobinę
i kładę na Tobie. Pieszczę swoimi nabrzmiałymi sutkami Twoje sutki...
Czuję, jak Twoja skora wilgotnieje... Mam ochotę jej posmakować...
Unoszę się, wysuwam język... Zaczynam lizać Ciebie cala, najpierw
przestrzeń pomiędzy piersiami, językiem zataczam kręgi wokół Twoich
sutków... potem schodzę trochę niżej... całą szerokością języka
pieszczę Twój brzuch, zakradam się do pępka... Zlizuję Twój pot, a jego
smak sprawia, że czuję rozkoszne skurcze w pochwie... Moje dłonie wciąż
błądzą po Twoich piersiach i nie pozwalają sutkom na chwile
wytchnienia... Odwracam Cię delikatnie na brzuch... Siadam na Twojej
pupie tak, byś czuła moją nabrzmiałą łechtaczkę... Wzdychasz...
Zaczynam masować Ci plecy. Opuszkami palców badam każdy centymetr
Twojej gładkiej, wilgotnej skory... Zakradam się w okolice piersi...
Biodrami wykonuje delikatne, posuwiste ruchy, moja łechtaczka przesuwa
się powoli w zagłębieniu pomiędzy Twoimi pośladkami... Uśmiecham się do
siebie... tak... Masz przeze mnie trochę mokrą pupę... Pochylam się, by
językiem popieścić Twoje plecy... czuje rozkoszny zapach Twojej gorącej
skóry...
Błagasz, bym wreszcie dotknęła Cię tam... Robię to... grzbietem
dłoni drażnię Cię... w gorę i w dół... Jesteś cała mokra...
Rozsmarowuję Twój śluz na całej cipce... Przymykasz oczy... Odchylasz
głowę... Wsuwam w Ciebie palce i badam Twoje wnętrze... Znajduje ten
punkt... opuszkiem palca naciskam na niego i czuję, jak robisz się
ciasna... Nie przestając go drażnić, zsuwam się niżej... Biorę
łechtaczkę w usta i ssę ją delikatnie... Przesuwam językiem po wargach,
liże je, ssę, spijam każdą kropelkę Twojej rozkoszy... Liżę zapamiętale
całą cipkę - mokrą, nabrzmiałą, gorącą... Wsuwam język w Ciebie,
drażnię Cię, liżę, ssę, delikatnie gryzę... Rozchylasz uda najszerzej,
jak potrafisz... Kolana podsuwasz wysoko pod brodę... Wyglądasz tak
bezwstydnie i tak podniecająco... Boże, co za widok - rozchylona,
nabrzmiała, mokra cipka, widać wyraźnie łechtaczkę i dziurkę całą
chętną i czekającą na rozkosz, a w niej kropelki śluzu... Czuję zawrót
głowy... Na to tylko czekałam... Podnoszę się... Jedną dłonią rozchylam
jeszcze szerzej Twoje wargi, drugą swoje... Przysuwam się bliziutko, by
nasze łechtaczki spotkały się... Tak... O taaaaak... Wreszcie czuję
całą swoją cipką Twoją wilgoć i gorąco... Zaczynam szalony taniec
biodrami... moja łechtaczka raz jest na Twojej malej, to znowu na
moment zagląda do Twojej dziurki... Czujesz mnie w środku i mocno
przyciskasz moja pupę do siebie... Tak ślisko, gorąco, rozkosznie...
Jestem cała mokra, pot spływa mi po plecach i piersiach... Krzyczę
głośno, bo już nie mogę opanować rosnącego do granic wytrzymałości
podniecenia... Twoje jęki potęgują moją rozkosz... Tak blisko
szczytu... Zaraz zwariuje! I nagle... Zawrót głowy, wszystko wiruje,
świat przestaje istnieć... Jesteś tylko Ty, ja i nasza rozkosz...
Widzę, że przeżywasz to samo... Twoje ciało drży konwulsyjnie... Padam
na Ciebie dysząc ciężko... Obejmujesz mnie... Całujesz leniwie...
Jesteśmy cale mokre od potu, naszych soków... Jesteśmy zmęczone i
szczęśliwe... Szepczę Ci cos do ucha... Uśmiechasz się do mnie...
Przymykasz oczy... Po chwili słyszę Twój równy oddech... Zasypiam
również...
Czekam na Ciebie w łóżku. Słyszę plusk wody... długo...
Każesz mi czekać na siebie. Wiesz, że Cię pragnę, że jestem
rozgrzana do czerwoności, a jednak torturujesz mnie tą długą kąpielą.
Szum prysznica ustaje. Co Ty robisz w tej łazience?... Minuty są jak
godziny. Wreszcie wchodzisz do pokoju. Natychmiast gasisz światło.
Czuje, że stoisz tuz za łóżkiem. - Połóż się na plecach - Twój glos brzmi jak komenda. Kładę sie.
Bierzesz moja rękę i przywiązujesz miękkim materiałem lekko do poręczy.
Tak samo druga rękę. Zapalasz malutkie światełko w drugim końcu pokoju.
Widzę Cię... nagą. Czuje się bezpieczna, moje nadgarstki są przewiązane
tylko jednym węzłem, łatwym do uwolnienia się z niego. Sadowisz się na
mnie. Zatapiasz usta w moich ustach. Twój język bada wnętrze, splata
się z moim. Twoje dłonie bawią się moimi piersiami. Paznokciami
zataczasz koła dookoła sutek, twardnieją, czuję jak gorąco spływa do
mojego wnętrza. Nie wiem, jaki masz plan. To podnieca mnie. Twoje oczy
błyszczą, uśmiechasz sie. Sadowisz sie wyżej, dokładnie widzę Twoja
cipkę. Jedna dłonią rozchylasz jej płatki, palcem drugiej zaczynasz
bawić sie łechtaczką. Tak blisko moich ust, a jednak tak daleko.
Patrzysz na mnie, obserwując reakcje. Wkładasz palec do pochwy, wsuwasz
go i wysuwasz. Oddycham szybciej, wchłaniam Twój zapach, oblizuje się,
jakby poszukując smaku Twoich soków. Skomlę jak pies, błagam, proszę.
Ty wyciągasz palec z pochwy i opuszkiem rozsmarowujesz Twoje soki na
moich wargach. Łapczywie zlizuję je, liżę Twój palec. Pozwalasz mi go
ssąc. Chce Cię dotknąć, ale jestem przywiązana. Wiem, że mogłabym z
łatwością wyszarpnąć ramiona z uwięzi, ale jestem w Twojej mocy. Przesuwasz się jeszcze wyżej. Teraz Twoja cipka jest tuż nad
moimi ustami. Czuję jej gorąco, Twój zapach doprowadza mnie do szalu.
Wysuwam język, dotykam nim twardej łechtaczki. Musi Ci to sprawiać
przyjemność, bo prawie sadowisz się na mojej twarzy. Pracuje językiem,
ssę, najpierw lekko, potem coraz mocniej, wykonuję ruchy w rożnych
kierunkach, podczas gdy Ty sapiesz i pojękujesz. Twoje biodra zaczynają
falować coraz szybciej, na boki, w gorę, w dół. Wiem, ze chcesz
penetracji, ale oddalasz te chwile. Ja pojękuje też, tak pragnę zatopić
palce w Tobie. Nagle rozwiązujesz węzeł i szepczesz, abym cię
pieprzyła. Nie czekasz długo, wkładam dwa palce, mięsnie zaciskają się
dookoła nich, jesteś mokra i gorąca. Kładziesz się na plecy, ciągnąc
mnie za sobą. Nadal liżę Cię namiętnie, podczas gdy moja ręka pracuje
rytmicznie. Kręcę palcami w Tobie, krzyczysz z rozkoszy. I znów wsuwam
i wysuwam, coraz szybciej i mocniej. Mówisz, że chcesz więcej. Zatapiam
trzeci palec w Tobie. Chwile później czuje, jak cala drżysz a mięsnie
Twojej pochwy gwałtownie pulsują. Krzyczysz. Odpychasz moją głowę z
Twojego kroku, ale pozostawiam w Tobie palce. Czuję, jak pulsujesz.
Rozluźniasz się. Delikatnie wysuwam się z Ciebie. Kładę się na Tobie,
przyciskasz mnie mocno do siebie, całujesz. Po dłuższej chwili
odwracasz mnie na plecy i znów przywiązujesz moje nadgarstki do
poręczy. Ustami pieścisz moje piersi, a Twoja dłoń wędruje do mojej
cipki. Jestem mokra, czuję jak Twoje palce ślizgają się po fałdkach i
łechtaczce. Całujesz mój brzuch, dłonie pieszczą pośladki. Twoja twarz
przesuwa sie coraz niżej. W końcu kładziesz się miedzy moimi udami,
Twoje palce zaciskają się na moich sutkach. Twoje usta mocno otaczają
moja łechtaczkę, a język drażni ją. Coraz mocniej i szybciej. Jęczę z
rozkoszy. Pragnę, abyś mnie wypełniła. Proszę Cię o Twoje palce. Ale Ty
torturujesz mnie. Czekasz, aż zacznę skomleć i błagać. Szepcze głośno - pieprz mnie, rznij mnie, proszę. Zaczynasz mnie
rżnąc językiem, trzymasz mocno moje uda, wpita we mnie. Krzyczę.
Wreszcie wkładasz palce we mnie. Pieprzysz mnie najpierw lekko, potem
coraz mocniej. Jest mi mało, jęczę - szybciej, mocniej. Przyspieszasz
tempo, boleśnie ściskasz jeden z moich sutków. Jestem jak szalona.
Czuję, że to już za chwile. Wstrząsa mną gwałtowny dreszcz. Czuje, jak
soki ekstazy wypływają ze mnie pulsująca falą. Pod moimi powiekami
widzę serie błysków jak z flashu. Szumi mi w uszach, skronie pulsują.
Jestem całkowicie pozbawiona sil. Rozluźniasz węzeł na moich rękach,
kładziesz się przy mnie, obejmując ciasno. Otwieram oczy, widzę Twoją
twarz tuż obok mnie. Uśmiecham sie, całuję Cię i szepczę, ze jesteś
cudowna. Zapalasz papierosa, którym się dzielimy. Gdy go gasisz, już
prawie zasypiam. Wtulam się w Ciebie, moje nozdrza są pełne naszych
zapachów, na ustach mam wciąż Twój smak. Jest mi błogo. Całuje Cię w
zagłębienie miedzy kośćmi obojczyka i zasypiam.
Ok. Jest minuta po północy. Chcesz wiedzieć, jak sobie to wyobrażam…
hm… mogę Ci jedynie powiedzieć, jak było, jak to się stało… Ok.
Porozmawiajmy.
Już mi się wydawało, że wydobyłam się z gorączki. Budzę się dość
wcześnie, siódma. Lekki kac, po tych wszystkich drinkach i rozmowach.
Przeciągam się. Długie nogi, długie ręce i policzone wszystkie żebra.
Pościel świeża i biała. Szczupłe ciało. Długie brązowe włosy, tak
trudno je wszystkie odnaleźć pośród bawełnianych poduszek. Ukradkiem
zerkam na moje małe piersi o dużych, czekoladowych sutkach. Jak można
ich pragnąć? Wtedy rozlega się dzwonek telefonu. Odbieram. Jakieś tam
mhm. Słyszę jej głęboki, zachrypnięty głos. Głos w kolorze blond. Mówi
do mnie:
- Come out & play…
Czuję dreszcze jak łaskotki. Wspinają się wśród wystających kręgów kręgosłupa. Jak mrówki.
- Chodź. Chodź do mnie. Nauczę Cię czegoś nowego… Pokażę coś nowego…
Nagle, jak za potarciem magicznej zapałki, cała staję w płomieniach….
Wsiadam do czerwonego samochodu. Śniadanie? Nie, dziękuję. Upał
sprawia, że biały tank top lepi mi się do pleców. Im bardziej
przyśpieszam, tym szybciej wirują tropikalne palmy wokół mnie. A miałam
się przecież nigdzie nie śpieszyć…
Ażurowa, niemal secesyjna brama otwiera się sama z siebie, gdy
podjeżdżam na skraj twojej posiadłości. Och, chcę już w sam środek.
Chcę już osiągnąć kulminację, ja, różowy, pachnący gwóźdź programu.
Cała płonę…
Pani w białym, wykrochmalonym mundurku prowadzi mnie przez pokoje,
ascetycznie urządzone, w bieli i metalu, nigdy zbyt strzeliście, nigdy
zbyt wysoko w powietrze, w sam raz na upał. Pokoje, które znam na
pamięć. Wiesz, że ludzie już gadają?
Z mocnym drinkiem w ręku staję nad brzegiem basenu. Widzę Cię. Na
razie jesteś tylko kształtem schowanym pod elastyczną skorupą wody. Nie
wynurzysz się przy tej drabince tuż koło moich stóp. Oczywiście, że
nie. To byłoby zbyt łatwe….
Obserwuję cię. Blond warkocz w mokrym węźle spoczywa spokojnie na
plecach, jak ogon. Srebrny kostium wydaje się wykuty z metalu, o którym
śnią nastolatki. Twoje piersi, mieszczą się w ponad mojej dłoni.
Biodra, talia, uda, moc przeciwieństw, pełne kształty, kobiecość której
sekret tkwi w obfitości, ale nie nadmiarze. Za każdym stopniem, z każdą
kroplą nie spuszczasz mnie z oczu.
Wiesz, że jest tutaj strasznie gorąco.
Wiesz, że chcę się z tobą pieprzyć.
Wiesz, że cała płonę…
Drink wypada mi z dłoni, whisky ochlapuje spocone uda. Szczypie.
Kryształ z brzękiem rozsypuje się po kafelkach. Kaleczę sobie stopy,
biegnąc za tobą.
Gonitwa przez puste pokoje. Przecież wiesz, że oni gadają. Gałki do
kolejnych drzwi roztapiają się pod moimi palcami jak tandetne klejnoty
ukręcone z piasku. Gdy znajduję Cię… nagą, otwartą, nie mogę wyjść ze zdumienia… Płonę…
Jesteś błękitna jak świeża woda. I złocista jak bezlitosny upał.
Masz na sobie tylko sznur pereł, które grzechoczą jak kości, jak
chichot. Wiem, że są zimne, wiem, że to one przyprawiają cię o gęsią
skórkę po wewnętrznej stronie ud.
Biorę cię do ust. Zanurzam się w skórze pachnącej jak dzikie
zwierzęta. Spuchnięta łechtaczka, spazmatycznie zamykająca się pochwa,
jak spragnione usta… nie wiem już, czego chcesz… moich ust, mojej
dłoni, mojego języka? Cała płonę…
Oni i tak wszystko wiedzą… Patrzą.
Nie potrafiła powiedzieć Marcie, że to już koniec. Nie umiała. Bała
się, że to wszystko spowoduje, że Ona coś sobie zrobi. Przecież już
kiedyś próbowała się zabić. Przez nią. Teraz też się tego bała. Więc
wolała nie odzywać się do Niej. Może zapomni. Może nie zadzwoni. Może
nie przypomni, jak było cudownie... Może nie będzie tego żałowała,
chociaż i tak czuła, że już zaczyna żałować. Ale nie mogła inaczej...
Musiała... Tym razem nie było odwrotu. Musiała przerwać to, co i tak
zabrnęło już zbyt daleko... Za chwilę nie będzie odwrotu. Teraz jeszcze
mogła się wycofać... Dlatego tak postanowiła niezależnie od
wszystkiego... Długo biła się z myślami. Ale za każdym razem to wyjście
okazywało się najwłaściwsze. Postanowiła więc skończyć z Nią ten rodzaj
znajomości. Może na innym polu, już zupełnie przyjacielsko-koleżeńskim
im się jeszcze uda... Nie chciała zrywać z Nią kontaktu... Jednocześnie
wiedziała, że w ten sposób chce oszukać samą siebie...
Tak, teraz i Ewa wróciła wspomnieniami do tych niedawnych jeszcze chwil...
Marta miała męża i dziecko. Ewa tylko dziecko. Poznały się jak to
zwykle bywa, zupełnie przypadkowo, w szkole swoich dzieci.
Zaprzyjaźniły się A jednak stało się tak jakoś, że pewnego dnia o
czwartej nad ranem równocześnie wysłały do siebie sms-a. I kilka dni
później, gdy syn Ewy ostał na noc u dziadków, zaprosiła ją na kawę.
Marta została u niej. Prawie na całą noc. I kochały się do utraty tchu.
Same nie wiedząc do końca jak to się stało. Potem obie szukały okazji,
żeby jak najczęściej, jak najdłużej być ze sobą. Zdarzało się, że były
ze sobą rano, potem wracały do swoich rodzin, żeby spotkać się jeszcze
wieczorem...
Wróciła pamięcią do tamtych czasów i miejsc...
Ewa kochała Martę. Nie taką miłością, jak ona ją, ale kochała po
swojemu. Jak przyjaciółkę, jak kochankę. Jak kogoś bardzo, bardzo
bliskiego. Pamięta doskonale tamten dzień, gdy Marta poprosiła, żeby
powiedziała, że ją kocha... Nie powiedziała. Cicho wyszeptała, że jest
dla niej kimś naprawdę ważnym. Czuje do niej więcej niż przyjaźń, ale
mniej niż miłość. To taki pomost pomiędzy. Marta nie rozumiała. Wiele
razy jeszcze wracała w rozmowach na ten temat, ale Ewa nigdy nie
powiedziała jej, że kocha. A przecież kochała. Na swój sposób kochała
ją całym sercem. Ale nie mogła jej tego powiedzieć. I tak miała wyrzuty
sumienia, że mąż, dziecko... Za to nie mogła zapomnieć ich wspólnych spotkań... Ich
pierwszego spotkania... Nieśmiałe, delikatne wzajemne zdejmowanie z
siebie ubrań. Przy okazji dotykanie każdego ledwie odkrytego miejsca.
Żaden z jej dotychczasowych kochanków nie miał takich delikatnych ust
jak ona. I takich namiętnych. Spragnionych jej ciała. Nawet teraz, do
tej pory czuje dreszcz rozkoszy na samo wspomnienie tych pocałunków. Nie zawsze zdążyły do łóżka. Bywało, że opadały na podłogę i tam
Marta pokrywała pocałunkami każdy skrawek jej ciała. Ewa długo musiała
namawiać swoją kochankę na pocałunki w usta. Marta zawsze uchylała się,
pocałunkami pokrywała każdy skrawek ciała, ale nie usta. Ewa próbowała
nieraz, ale mogła swoimi ustami sięgnąć tylko jej policzka. Wreszcie
Marta powiedziała jej dlaczego. I zaraz później pokazała, że też
potrafi pocałować w usta. Pierwszy pocałunek Marty pamięta do tej pory.
Marta bardzo pragnęła smaku ust Ewy, ale miała swoje powody, żeby tego
nie robić... Ewa też bardzo tego pragnęła, a jednak musiała na to
czekać. Kilka długich miesięcy. Ale to, co dostała... Marty usta były
piękne, namiętne, wilgotne, porywające. Cała była „całuśna”. Ewa tak ją
zaczęła nazywać. Odkrywała Martę za każdym spotkaniem od nowa. Marta
też, zaledwie skończyła całować jej usta, już zaczynała całować jej
policzki, oczy, czoło, uszy. Ewa zawsze w tym momencie wyginała
najdalej jak tylko mogła głowę w tył, ukazując jedno z najczulszych
swoich miejsc. Nigdy nie mówiła Marcie, że ten malutki skrawek skóry
pomiędzy uchem a karkiem jest bardzo czuły na jej pocałunki. Nie
musiała tego mówić. Marta bezbłędnie, jakimś szóstym zmysłem
nieodmiennie odnajdywała to miejsce i za każdym razem poświęcała mu
dużo czasu. Pieczołowicie całując, pieszcząc dokładnie tak, jak ona
lubiła... Następnie pocałunkami schodziła do karku, a Ewa za każdym
razem już wtedy przeżywała pierwszy malutki dreszczyk rozkoszy. Marta
umiała całować. Jej język niestrudzenie błądził najpierw z karku na
mostek, następnie znajdował szlak ku Ewy piersiom. Tam nie odpuszczała
ani na minutę, dopóki Ewa nie odciągnęła jej głowy prawie siłą do góry,
scałowując jej namiętność i studząc swoją już mocno rozbudzoną
rozkosz... Marta jednak uparcie wracała ku jej wzgórzom unoszącym się
szybko pod swoimi piersiami. Ponownie zaczynała taniec ustami,
językiem, nie dając chwili odpoczynku piersiom Ewy. Wreszcie, jak już
widziała, że Ewa jest gotowa na wszystko, co na dzisiaj zaplanowała,
zaczynała powolutku całować każdy skrawek jej ciała poniżej piersi.
Nie, nie zostawiała ich tak samych sobie na pastwę ochłodzenia emocji!
Nigdy nie dopuściła, żeby były samotne... Głaskała stwardniałe sutki,
dręczyła namiętnie spragnione, dojrzałe, czerwone z oczekiwania
brodawki. Marta zawsze wiedziała, że w takich chwilach ma przewagę, to
Marta dyktowała warunki. Marta doprowadzała do szału oczekiwania,
zniecierpliwienia, niemego żądania, żeby już, żeby teraz, natychmiast
wsunęła się w nią i pozwoliła jej osiągnąć ten moment, kiedy wzlatuje
wysoko, bardzo wysoko i nagle spada w dół tracąc wszelkie zmysły...
Marta doprowadzała ją pocałunkami do ostateczności. Pieszczotami
brodawek nie kończyła swojej wędrówki po jej ciele. Nigdy nie dawała
jej możliwości pokazania, że już... Poznała jej pragnienia. I Ewa
pozwalała jej na to. Za każdym razem czekała, aż zacznie swoją drogę do
spełnienia. A ona całowała. I całowała. I całowała. Jej sutki niemo
prosiły o Marty usta. A Marta nigdy ich nie zawiodła. Zawsze potem jej
usta znajdowały drogę niżej. Ewa zamykała oczy i czuła tylko jej usta,
jej język na swoim brzuchu. Potem niżej, i jeszcze niżej... Rozchylała
szeroko nogi, dając jej drogę do najgłębszej swojej tajemnicy. Ale
Marta nie chciała iść na skróty. Nigdy nie szła, chociaż ona pokazywała
jej drogę: tędy, szybko, szybciej, bo już nie wytrzymam, bo już chcę!
Ona powolutku, jakby pastwiąc się nad swoją ofiarą, powoli scałowywała
każdy centymetr wewnętrznej strony jej uda, potem drugiego. Delikatnie
musnęła ustami najczulsze miejsce pomiędzy nimi, i jak Ewa już, już
chciała przyciągnąć ją do siebie, nagle Marta podnosiła głowę i wracała
pocałunkami do jej oczekujących niecierpliwie piersi. Jej usta szukały
drogi na oślep znowu. I znowu Ewa mogła tylko czekać i szybkim oddechem
zdradzać zniecierpliwienie... I czekała gotowa. Szybko, już teraz! Zrób
to, proszę! Błagam! Bądź we mnie, bo już nie mogę! Jestem ciebie tak
bardzo spragniona! Chcę tego!!! A Marta całowała. Gorąco, namiętnie. Z
premedytacją odmierzała każdy pocałunek. Wolno, szybko. Delikatnie i
przygryzając. Jej język tańczył na skórze Ewy. Szukał najbardziej
spragnionej drogi do jej wnętrza. Śledził swoją poprzednią ścieżkę, ale
nigdy nie szedł tym samym śladem. Zawsze jakoś tak obok. Nieuchronnie
przedzierał się do brzucha, dłużej zawitał pieszcząc jej pępek. I Ewa
zawsze niespodziewanie, zaskoczona odczuwała jego wizytę znowu na
udzie. Jednym, potem drugim. Znowu szeroko zapraszała go do swojego
środka. Marta dłońmi sięgała do jej piersi. Nie pozwalała im zapomnieć
o swojej obecności. Palcami bawiła się brodawkami, językiem pieszcząc
jej pachwiny. Czuła podniecenie Ewy. Jej gotowość na wszystko. Wargami
podszczypywała wrażliwą skórę pomiędzy udem, a cudownie pachnącym
kobiecością wzgórkiem. Chciała tam już być, ale masochistycznie
przedłużała tę chwilę, kiedy zagości już w tym najpiękniejszym dla jej
ust miejscu. Marta uwielbiała to miejsce. Dlatego tak długo pozwalała
sobie na pieszczoty tego, co było poza jaskinią rozkoszy. Ale i ona już
nie mogła wytrzymać. Ewa prosiła, Marta spełniała. Swoje i Ewy
marzenia. Ale swoje przede wszystkim. Delikatnie ustami dotykała
najpierw samego wzgórka. Potem językiem powolutku zaczynała krążyć
wokół wilgotnego, niesamowicie pachnącego twardego miejsca, które na
początku schowane, nagle ukazywało się jej oczom w pełnym rozkwicie.
Ewa zaczynała tańczyć pod jej dłońmi. Marta musiała mocno trzymać ją
pod sobą. Lubiła te chwile. Wiedziała, że Ewa czuje tę siłę, którą
miała dla niej. Zawsze była silna. Nie krzywdziła jej. Dawała jej
rozkosz. Krzyk. Łzy pod powiekami i to spojrzenie. Tak, takie
spojrzenie, jakiego nie widziała u nikogo. Oddanie. Zaufanie. Miłość,
której nie mogła nigdy wypowiedzieć. Marta wiele razy próbowała to z
niej wyciągnąć. Ewa nigdy jej tego nie powiedziała. Mówiła: patrz
sercem. Więc Marta patrzyła. Uczyła Ewę uczucia miłości. Uczyła
zaufania. I uczyła tego, co właśnie w takich chwilach jej ofiarowywała.
Usta Marty nie opuszczały wzgórka Ewy. Jeszcze nie teraz. Niech
poczeka cierpliwie, aż ona nasyci się jej zapachem. Zamykała oczy.
Teraz. Delikatnie, powolutku jej język zagłębiał się w wilgoć Ewy.
Zawsze była wilgotna. Spływała Marcie do ust. Najpiękniejszy smak
kobiety. Jej kobiety. Spijała wszystko, każdą jedną kroplę, którą
napotkała na swojej drodze. Językiem zbierała to, co ona jej z głębi
siebie oddawała. Zawsze myślała, że to jest najpiękniejszy smak,
jakiego może spróbować człowiek. I nie myliła się. Była w niej i czuła,
że jest w samym niebie. Tak wyobrażała sobie niebo. Gdzieś w
zakamarkach świadomości przemknęła jej myśl, że bluźni. Ale przecież i
sam Bóg mówił, że jest miłością. A miłość niebem. A ona wiedziała, że
kocha. Kocha całą sobą. Każdą komórką swojego ciała. Każdym drgnieniem
mięśni. Każdym oddechem. Każdym uderzeniem serca. Dotykała środka Ewy.
Delikatnego. Aksamitnego. A Ewa jej pragnęła. Czuła, że jej pragnęła.
Przecież Marta była w niej i to czuła. Ewa rzucała się pod nią w
rozkoszy. Marta czuła każde drgnienie jej mięśni. Czuła jak wzbiera w
Ewie rozkosz. Czuła zaciskanie się wokół jej języka, gdy Marta była w
niej głęboko, jak najbardziej głęboko mogła się wsunąć... Czuła jak Ewa
skręca się z rozkoszy. Słyszała jej szybki, chrapliwy szept: chodź,
chcę cię, już nie mogę! A Marta dalej całowała. Wracała do góry tą samą
drogą, którą zeszła na dół. Całowała i nie przestawała. Pieszcząc
piersi powoli wsuwała palce w jej środek. Drażniła się z nią. Wreszcie
docierała do ust. Całowała ją i wsuwała się w nią. W sam wilgotny,
pulsujący tunel miłości. Wchodziła i wycofywała się. Powoli i
gwałtownie. Na zmianę. Wiedziała, jak w nią wchodzić. Nie spieszyła
się. Znała jej rytm. Miały taki sam temperament. Obie wiedziały, kiedy
chcą szybciej, a kiedy wolniej. Wsuwała się w nią, potem gwałtownie
wykonywała kilka ruchów, żeby delikatnie ponownie ją pocierać. Kończyły
zawsze szybko i gwałtownie. Już obie nie umiały się powstrzymać.
Musiało być szybko i mocno. Bez chwili na złapanie oddechu. Mocno i
długo. Wreszcie zmęczone, spocone opadały ciężko na podłogę lub łóżko.
Dysząc, śmiały się z siebie, a Ewa nachylała się nad jej ustami i
długo, namiętnie całowała dziękując za spełnienie... Marta znowu
scałowywała z jej ciała pot. Uwielbiała to. A Ewa próbowała znaleźć w
sobie siłę na jej pocałunki i czekające ją kolejne chwile rozkoszy... Tak, tego będzie jej brakowało.
Marcie też. Znała ją. Na pewno będzie jej tego brakowało.
Ale tak trzeba.
To najlepsze wyjście.
Wyjście dla obu.
„Rany, gdzie ta taksówka?” Stałam na ulicy podenerwowana. Czekałam już
przynajmniej 20 minut. Impreza, na którą się wybierałam, trwała już w
najlepsze. Trochę mnie zaskoczyło zaproszenie od Kasi na jej urodziny,
ale z drugiej strony zrobiło mi się bardzo miło, że chciała, abym też
tam była. Trochę było mi zimno, pomimo że była pełnia lata, lipiec.
Miałam na sobie zwiewną kolorową sukienkę. Złapałam pierwszą lepszą z
szafy, ale podświadomie chciałam chociaż kolorem spróbować poprawić
swój nastrój. Ostatnio sprawy nie szły po mojej myśli, Piotr się nie
odzywał, zniknął po swoim rozwodzie mówiąc, że potrzebuje czasu na
przyzwyczajenie się do nowej sytuacji. Co za nowa sytuacja, przecież i
tak prawie u mnie mieszkał.
Podjechała taksówka, wsiadłam do niej szybko i pojechaliśmy do
klubu „Balsam”. Nigdy tam nie byłam i przyznaję, że kiedy weszłam do
środka, byłam zaskoczona jego wielkością i atmosferą, jaka w nim
panowała. Piękne kanapy, ściany stylizowane na stare lochy, drewniana
podłoga. Było tam mnóstwo ludzi, stali lub siedzieli w grupkach i
gadali. W jednej z sal dość spora grupa ludzi tańczyła w takt
najnowszych przebojów. Szukałam Kasi, prześlizgiwałam się po wszystkich
wzrokiem i wtedy ją zobaczyłam. Tańczyła z jakimś niewysokim facetem.
Ubrana w białe, obcisłe dżinsy i biały podkoszulek bez rękawów –
wyglądała zjawiskowo. Nie mogłam oderwać od niej oczu. Pięknie
wyglądała w tańcu, widać było, że sprawia jej to olbrzymią przyjemność.
Stałam tak i patrzyłam jak urzeczona. I wtedy mnie zauważyła.
Zobaczyłam na jej twarzy uśmiech radości, takiej prawdziwej radości,
wręcz namacalnej. Ona naprawdę się ucieszyła, że jestem. Zrobiło mi się
ciepło na sercu i także uśmiechnęłam się do niej. Szła w moim kierunku
szybkim zdecydowanym krokiem – tylko ona umie tak chodzić, niby męski
zdecydowany krok, ale jakaś taka kobieca miękkość w tym wszystkim.
Podeszła i przytuliła mnie do siebie. To było tak naturalne, że
odwzajemniłam uścisk.
- Wszystkiego najlepszego, Kasiu – delikatnie pocałowałam ją w policzek
- Super, że przyszłaś. Już myślałam, że nie dasz rady… Brakowało
mi Ciebie – uśmiechnęła się do mnie odsuwając lekko do tyłu. Czułam,
jak robi mi się gorąco pod jej spojrzeniem, ale nie odwróciłam oczu.
- No coś Ty, nie mogłam nie przyjść. Przecież wiesz. – uśmiechnęłam się znowu.
- Chodźmy coś zjeść, albo jeśli wolisz, to napijmy się czegoś. Masz ochotę na coś specjalnego?
- Poproszę piwo – Zawsze piłam piwo, jak miałam gorsze dni.
Pomagało zapomnieć o problemach, chociaż, niestety, ich nie
rozwiązywało. Usiadłyśmy przy barze i w milczeniu piłyśmy swoje drinki.
Podeszło kilkoro znajomych Kasi, przedstawiła mnie i zaczęliśmy
plotkować. Kasia odeszła na chwilę do swoich gości, ale kiedy na nią
patrzyłam, napotykałam jej spojrzenie i uśmiech.
- Chodźmy tańczyć – jakiś chłopak złapał mnie za rękę i pociągnął
na parkiet. To chyba był jakiś kolega Kasi z pracy. Przedstawił się,
ale już nie pamiętałam jego imienia. Zaczęliśmy tańczyć. Akurat leciał
jakiś fajny kawałek i zrobiło się ciasno na parkiecie. Wszyscy śmiali
się i śpiewali – wciągnęła mnie ta atmosfera radości i wolności.
Zaczęłam się wygłupiać razem ze wszystkimi. Pomachałam do Kasi, żeby do
nas dołączyła i za chwilę tańczyliśmy już wszyscy razem. O 24 wjechał tort i Kasia musiała zdmuchnąć 40 świeczek. Śmiechu
było co niemiara, bo koledzy zrobili jej psikusa i zakupili świeczki,
których nie można zdmuchnąć w normalny sposób. Wszyscy próbowali i
nikomu się nie udało. Potem zjedliśmy tort, który był pyszny i
strasznie słodki. Stałyśmy sobie razem z Kasią i rozmawiałyśmy. Było mi
tak fajnie, czułam się bezpiecznie i szczęśliwa, że jestem tam właśnie
w tej chwili. Niestety, nic co fajne nie trwa wiecznie. Musiałam
zbierać się do domu, na następny dzień miałam spotkanie sprzedażowe i
musiałam się wyspać.
- Kasiu, będę się powoli zbierała do domu –uśmiechnęłam się do
niej – odprowadzisz mnie do taksówki. Powinna zaraz podjechać.
- Jasne, szkoda że już uciekasz – wyglądała na zawiedzioną, ale
sprytnie ukryła to, odwracając twarz w stronę parkietu, patrząc niby na
tańczące pary.
- Jutro z samego rana muszę być w pracy, mamy spotkanie
sprzedażowe a jak wiesz, szefowa nie lubi spóźniania. Wolałabym być w
formie.
- Oczywiście, mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze – uśmiechnęła się ciepło.
Wyszłyśmy na dwór. Było bardzo ciepło i czuć było w powietrzu
deszcz. Poszłyśmy w kierunku głównej drogi, gdzie miała czekać na mnie
taksówka. Zaczęłam się trząść, sama nie wiem, dlaczego. Wiał wiaterek,
ale nie aż tak, żeby mi było zimno. Niechcący musnęłam dłoń Kasi.
Poczułam, jakby iskra przeskoczyła między nami. Spojrzałam na Kasię,
wyglądała, jakby nagle wstrzymała oddech.
- Dobrze mi z Tobą – nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Po
prostu musiałam to powiedzieć. Coś pchało mnie od jakiegoś czasu do
tego wyznania. To była prawda. Było mi zawsze tak dobrze w jej
towarzystwie. Spuściłam głowę, zawstydziłam się.
- Mnie też jest dobrze, kiedy jesteś ze mną – ujęła mnie za rękę
i zatrzymała się. Ja też stanęłam. Zaskoczyła mnie tym wyznaniem,
wypowiedzianym głosem cichym i jakimś takim zduszonym. Delikatnie
dotknęła mojego policzka i podniosła moją twarz do góry. Spojrzała mi w
oczy. Było ciemno, ale wiem na pewno, że widziała w moich oczach
wszystkie emocje, jakich doświadczałam w tej chwili. Czekałam, co
zrobi, czując jednocześnie, że coś musi się wydarzyć. Chciałam, żeby w
końcu się zdarzyło. Bardzo tego chciałam. Ostatnimi czasy ciągle o tym
myślałam, zamykając oczy, widziałam jej pięknie wykrojone usta
zbliżające się do moich, czułam miękkość jej warg. To zawsze było takie
realne. Marzyłam o tym od dawna. I stało się. Delikatnie złożyła
pocałunek na moich ustach. Zadrżałam. Pocałowała mnie znowu, mocniej i
głębiej. Poczułam jej język w swoich ustach i nogi ugięły się pode mną.
Objęłam ją w pasie i przytuliłam. Chciałam, żeby ten pocałunek trwał
wiecznie. Całowałyśmy się i całowałyśmy. Żadna nie chciała przestać. W
końcu Kasi odsunęła się ode mnie, patrzyła mi w oczy i gładziła
delikatnie po twarzy. Widać było, że na niej ten pocałunek też zrobił
wrażenie.
- Tak długo czekałam – odezwałam się pierwsza, chciałam przerwać
tę ciszę wokół nas – Myślałam, że nigdy tego nie zrobimy. Chyba zaskoczyłam ją tym wyznaniem. Widziałam to w jej oczach.
- Gdybym wiedziała, już dawno bym to zrobiła – roześmiała się
cicho – żebyś Ty wiedziała, ile nocy nie przespałam myśląc o Tobie i
Twoich ustach, i o tym, co mogłabym robić w danej chwili – poczułam,
jak się czerwienię, kiedy to mówiła. Ja też miałam takie marzenia i
wiem, co w nich było. Ponownie mnie pocałowała. Nasze języki tuliły się
do siebie i pieściły namiętnie.
- Powinnam już jechać – Widziałam, jak taksówkę podjeżdża w umówione miejsce.
- Tak, chyba już powinnaś jechać – odsunęła się ode mnie – Czy
mogę do Ciebie jutro zadzwonić? Chyba powinnyśmy porozmawiać, prawda? –
zapytała z nadzieją w głosie.
- Tak, koniecznie zadzwoń. Najlepiej po 14, to już będzie po tym
spotkaniu i będę miała możliwość pogadać. – Pocałowałam ją lekko w usta
i uciekłam do taksówki. Stała i patrzyła za mną, jak odjeżdżałam, a ja
byłam taka szczęśliwa. Wróciłam oszołomiona do domu, wzięłam szybko
prysznic i położyłam się do łóżka. Długo nie mogłam zasnąć wspominając
wieczór, a przede wszystkim jego zakończenie. Delikatnie dotknęłam
swoich warg, jeszcze czułam na nich ślad jej pocałunków a w ustach jej
smak. Byłam szczęśliwa.
Rano chodziłam jak błędna. Nie mogłam skupić się na niczym. Na
spotkaniu sprzedażowym szybko zrelacjonowałam swoje sprawy, tak, aby
móc oddać się marzeniom, gdy inni będą się produkować. Wysłałam do Kasi
SMS-a, przypominając o tym, żeby do mnie zadzwoniła. Czas płynął tak
wolno, co chwila patrzyłam na zegarek, nie mogąc się doczekać na jej
telefon. Zadzwoniła, tak jak się umawiałyśmy o 14, trochę
pogawędziłyśmy i zaproponowała spotkanie. Wyszło tak jakoś naturalnie.
Byłam w siódmym niebie. Zaprosiłam ją do siebie, żeby mogła zobaczyć
moją zieloną kanapę. Uśmiała się i obiecała wpaść o 19. Wyszłam z pracy
wcześniej i kupiłam parę rzeczy do sałatki oraz czerwone wino. Wiem, że
Kasia lubi czerwone wino, a na taką okazję było bardzo akurat. Wzięłam
szybki prysznic, założyłam dżinsy i koszulkę. Zbliżała się 19.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak idzie w kierunku klatki. Serce
zaczęło mi bić jak oszalałe. Rany, skąd taka reakcja. Przecież to tylko
dziewczyna, koleżanka, nawet jeszcze nie przyjaciółka. Strofowałam się
w myślach. Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer. Stała pod
drzwiami i jakby się bała zadzwonić. Ciekawe, czy ona też myślała o tym
samym. Otworzyłam drzwi, stała w nich trochę zaskoczona.
- Czułam, że jesteś za drzwiami – uśmiechnęłam się do niej.
Wzięłam ją za rękę i wciągnęłam do środka. Lekko musnęłam jej usta
pocałunkiem – Witaj.
Weszła do środka jakaś taka onieśmielona, jak nie Kasia. Znałam
ją już trochę i wiem, że bardzo trudno jest ją czymkolwiek zaskoczyć.
Rozglądała się po pokoju. Uśmiechnęła się na widok dużej zielonej
kanapy, która królowała na środku dużego pokoju. Poszłam do kuchni i
zaczęłam szukać otwieracza do wina. W końcu znalazłam i zaczęłam się
mocować z korkiem. Stała i patrzyła na mnie, aż poczułam, że robi mi
się gorąco pod jej spojrzeniem. To spojrzenie, jakby mnie rozbierała
wzrokiem. Ruszyła w moim kierunku. Podeszła i zabrała mi butelkę, którą
następnie odstawiła na stół. Objęła mnie i zaczęła całować. To było tak
naturalne, że nie zdążyłam zareagować. Tylko po co, przecież od samego
rana marzyłam, że to zrobi, że będzie mnie znowu całować, że weźmie
mnie w ramiona, że może zdarzy się coś więcej… Całowałyśmy się coraz bardziej namiętnie, czułam, jak nasze
języki wirują wokół siebie. Oparłam się o blat kuchenny. Jej usta w
naturalny sposób znalazły się na mojej szyi. Cicho jęknęłam. Poczułam,
jak robi mi się coraz bardziej gorąco, zaczęłam lekko drżeć w jej
ramionach. Poczułam, jak wkłada mi pod bluzkę ręce i kładzie dłonie na
piersiach. Dobrze, że nie włożyłam stanika – zdążyłam pomyśleć i już
poczułam, jak zaczyna lekko pieścić moje sutki. Było mi coraz bardziej
gorąco, mocno ją przytuliłam i znowu nasze usta się spotkały. Ale
pocałunki były już bardzo namiętne. Widać było, że Kasia też jest mocno
rozpalona. Zaczęła rozpinać moje spodnie i szybko ściągnęła je ze mnie,
nie przestając mnie całować. Zaczęła mnie pieścić przez majtki.
- Tak, proszę, tak mnie dotykaj, pragnę Cię, nie przestawaj.
Czuję, jakbym płonęła. Proszę, nie przestawaj… - jęczałam przez
zaciśnięte zęby. Nie poznawałam samej siebie. Nigdy nie mówiłam takich
rzeczy. Z reguły w ciszy i skupieniu przeżywałam miłosne uniesienia,
ale z Kasią było inaczej. Ona mnie rozpalała do białości, czułam, że
muszę to mówić, że ona na to czeka, że to rozpala także i ją.
Włożyła mi dłoń w majteczki i zaczęła masować delikatnie.
Odjechałam. Wygięłam się jeszcze bardziej, jakbym chciała jej pomóc
dostać się jeszcze głębiej, jeszcze dalej. Zdjęła mi w końcu majtki i
posadziła na blacie. Ssała moje piersi – raz jedną, raz drugą a
następnie całowała mój brzuch. Wiedziałam, co zamierza i robiłam się
coraz bardziej wilgotna i mokra. Rozłożyłam szerzej nogi, żeby miała
lepszy dostęp do najważniejszego mojego miejsca, które już pulsowało
jak oszalałe w oczekiwaniu na jej pieszczotę. Kiedy musnęła je językiem
– zobaczyłam gwiazdy, jęknęłam. Objęłam jej głowę i przysunęłam bliżej
do siebie. Pragnęłam, żeby nie przestawała, żeby mnie całowała, ssała,
lizała. Chciałam czuć ją w sobie i na sobie. Byłam jak oszalała. Nigdy
wcześniej nie czułam tego wszystkiego. Było mi wszystko jedno, co ona
pomyśli. Chciałam, żeby mnie przeleciała. Zaczęła mnie ssać z pasją,
pieścić językiem a ja jęczałam coraz głośniej i głośniej. Włożyła mi w
dziurkę palce i posuwała delikatnie, nie przestając pieścić językiem.
- Mocniej, proszę mocniej. Już nie mogę – jęczałam coraz
bardziej. Czułam, jak zapadam się w sobie, jak narasta rozkosz, jak
gorący wybuch rozchodzi się po całym moim ciele. Moje ciało zaczęło
reagować, poruszać się razem z jej ruchami, mocniej i mocniej, z pasją.
Nagle poczułam wybuch, jasne światło wybuchło mi w głowie, zaczęłam się
trząść i zacisnęłam mocno nogi na jej głowie. Orgazm, jaki nadszedł,
był jak wybuch gejzeru. Krzyczałam i wiłam się po blacie, ale ona nie
przestawała. Lizała i ssała mnie coraz mocniej i mocniej. Myślałam, że
nie może być już lepiej, ale to narastało i narastało, przychodziło raz
za razem i nie chciało się skończyć. Ja nie chciałam, żeby się
kończyło. Nagle poczułam, że osiągnęłam już najwyższy pułap rozkoszy,
krzyknęła, wygięłam się w łuk i zastygłam nieruchomo. Cała płonęłam.
Delikatnie objęła dłonią moją pierś i przytuliła się do mnie. Musiałam
mieć chyba nieprzytomne spojrzenie, widziałam wszystko jak przez mgłę.
Kasia pocałowała mnie delikatnie – oddałam pocałunek. Znowu zaczęłyśmy
się całować, wszystko zaczęło wracać z jeszcze większą siłą. Zaczęłam
pieścić jej ciało, już wiedziałam co robić, jak to robić, żeby także i
ona mogła poczuć to co ja. Miała wspaniałe ciało, szczupłe i jędrne.
Przytuliłam ją mocno do siebie.
- Było cudownie – wyszeptałam, jak już oderwałyśmy się od siebie
– Nie wiedziałam, że to takie niesamowite przeżycie. Nigdy nie czułam
tego, co poczułam z Tobą. Chyba sporo straciłam w swoim życiu –
roześmiałam się wesoło. – Musimy chyba zająć się Tobą, prawda… ale to
będzie pierwszy raz dla mnie, więc weź proszę, poprawkę na umiejętności
– spojrzałam jej zalotnie w oczy i pocałowałam głęboko w usta.
Wyobrażam sobie dziewczynę, piękną, z włosami jak ogień - powiewając na
wietrze przypominają tańczące wesoło płomienie. Jej oczy –
elektryzująco niebieskie, przepełnione niesamowitym blaskiem, są w
stanie przyciągnąć każde żywe stworzenie.Wyobrażam ją sobie. Jest
cudowna. Idzie ulicą i uśmiecha się swoimi pełnymi, krwistoczerwonymi
ustami… Mężczyźni i kobiety oglądają się za nią. A ona idzie w moim
kierunku, wprost na mnie. Stoję nieruchomo nie mogąc oderwać od niej
wzroku. Jest coraz bliżej... Sto metrów... osiemdziesiąt...
sześćdziesiąt... pięćdziesiąt... Spoglądam w bok, czy na pewno idzie do
mnie, nie ma wokół nikogo innego, za mną jest tylko ściana jednego z
budynków. Zwracam więc twarz znów w kierunku idącej dziewczyny... Stoję
zaskoczona nic nie rozumiejąc. Dziewczyna zniknęła, nie ma jej,
rozpłynęła się. Nie ma tu miejsca, gdzie mogłaby skręcić, ani nie ma
też żadnych drzwi, które mogłaby przekroczyć... Z ciężkim sercem idę na
autobus, który właśnie podjeżdżał na przystanek. Wsiadając, wciąż widzę
twarz tej kobiety...
Wysiadłam z autobusu i skierowałam się w stronę dworca, kupuję
bilet, wsiadam do pociągu czekającego już na peronie. Wciąż mam mętlik
w głowie i z tym mętlikiem ruszam w podróż w nieznane.
Obiecywałam sobie tę podróż, odkąd skończyłam 12 lat. Teraz,
siedząc w przedziale dla palących, palę papierosy i oglądam pejzaże
dookoła. Teraz już nie myślę o żadnej kobiecie, ani o żadnym
mężczyźnie, nie myślę o niczym. Moje myśli są wolne od wszystkiego,
moja dusza zajęta jest teraz zachwycaniem się pięknem mijanych
krajobrazów. Przeszkodził mi odgłos otwieranych drzwi przedziału.
Poczułam, że robi mi się duszno i gorąco. Przede mną stanęła kobieta.
Totalne przeciwieństwo tej, którą widziałam niedaleko przystanku. Miała krótkie, czarne włosy, ubrana była w czarne spodnie oraz
czarną marynarkę , dla kontrastu miała czerwony, cienki golf pod
marynarką. Z pewnością gdzie tylko się nie pojawiała, wzbudzała ogólne
pożądanie, które nie malało, wręcz przeciwnie. Zapewne inne kobiety jej
nienawidziły. - Przepraszam, wolne? – zapytała delikatnym, niskim głosem
- Proszę – odpowiedziałam zapalając papierosa, ona również zapaliła, przyglądając mi się.
Postanowiłam, nie zwracać uwagi na piękną i kuszącą towarzyszkę
podróży. Zajęłam się więc spoglądaniem przez okno. Pociąg wjechał do
tunelu i w oknie zauważyłam, ze kobieta mi się wciąż przypatruje.
Zapaliłam kolejnego papierosa, czując się skrępowana. W przedziale
panowała niesamowicie napięta atmosfera, popierana przez grobową ciszę.
- Aniszka? – zapytała, a ja zareagowałam (kto by nie zareagował na dźwięk swojego imienia?).
- Słucham? – nie bardzo dotarło do mnie to co usłyszałam, skąd u licha ona zna moje imię? Może jednak się przesłyszałam?
- Ty jesteś Aniszka? – zapytała ponownie czarna.
- Tak, ale skąd...?
- Mam na imię Rivien. Miałyśmy te same języki w liceum.
Powoli zaczęło mi się w głowie przejaśniać. Faktycznie w naszej grupie była jakaś Rivien, ale... To nie możliwe...
- Siedziałaś za mną na rosyjskim? – zapytałam, żeby się upewnić
- Tak – odpowiedziała i uśmiechnęła się.
Zaczęłam się zastanawiać, czy osoba, która uchodziła za
człowieka-widmo, z racji upiornie bladej twarzy, wiecznie podkrążonych
oczu, nieobecnego wzroku i czarnych włosów topielca mogłaby wyrosną na
seksbombę? A jednak, żywy dowód siedział teraz przede mną. Brakło mi
tchu.
- Strasznie się zmieniłaś – powiedziałam
- Jest aż tak źle? – zapytała
- Nie, nie, nie, wręcz przeciwnie – spróbowałam naprawić swój błąd. – Wiesz, że wzbudzasz ogólne pożądanie?
- To źle? – znów się uśmiechnęła.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziałam i umilkłam przerażona swoimi słowami.
- Dokąd jedziesz? – zapytałam próbując zmazać wspomnienie mojego ostatniego pytania.
- Jeszcze nie wiem. Mam wakacje jeszcze przez jakieś kilka miesięcy
i nie chcę myśleć o niczym. Kupuję przypadkowe bilety i jadę...
Rozmowa się ucięła. Zapaliłam papierosa. Po tej rozmowie moje
zainteresowanie tą kobietą nie spadło, wręcz przeciwnie. Rivien później
zapytała, dokąd jadę. Odpowiedziałam, że do Wrocławia. Zdziwiła się, że
jadę pociągiem do Krakowa, więc wytłumaczyłam jej, że chciałam zahaczyć
o dawną stolicę. Gdy dojeżdżałyśmy do Krakowa, spakowałam moje rzeczy.
Wysiadłyśmy razem.
- No to cześć – powiedziałam i skręciłam w innym kierunku
- Hej, a może poszłybyśmy razem na kawę? – zawołała za mną Rivien. – Znam bardzo dobrą kawiarnię – dodała, gdy się odwróciłam.
- Dobrze – odpowiedziałam, gdy spojrzałam w jej oczy, nie mogłam odmówić
Weszłyśmy do małej kawiarenki. Była przyjemnie urządzona, a z
głośników leciała spokojna muzyka. Rozsiadłyśmy się w kąciku przy oknie
i zamówiłyśmy sobie po kawie. Gdy upiłam mały łyczek, mój niepokój
gdzieś umknął, a tematy do rozmowy same zaczęły się sypać. - Gdzie pracujesz? – zapytała po jakimś czasie Riv.
- Jestem redaktorem naczelnym pisma „Kobiety” – odpowiedziałam.
- Serio? Nie wiedziałam... Używasz pseudonimu? – zapytała Riv
- Powiedzmy, ze pożyczyłam dane poprzedniej naczelnej. –
odpowiedziałam przypatrując się uważniej - czyli czytuje pisma
branżowe...
- Uwielbiam to pismo. To chyba jedyne takie w Polsce?
- Tak właściwie, to nie... – odpowiedziałam powoli. – jest jeszcze
kilka mniejszych, ale fakt, nasze jest najbardziej rozpowszechnione. - Od kiedy tam pracujesz?
- Od początku. Od jakichś ośmiu lat. Gazetę założyłyśmy wspólnie z
Kermt. Najpierw było ciężko, ale potem zaczęłyśmy proponować to
dziewczynom z branży, które pokazywały pismo innym dziewczynom i jakoś
nam się udało.
Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie.
- Wiesz co, chodźmy stąd. Znam fajną knajpę, co ty na to? – zaproponowała Rivien
- Zdam się na twój gust – uśmiechnęłam się, chyba po raz pierwszy tego wieczoru.
Poszłyśmy do „Gesso” branżowej knajpy. Rozmawiałyśmy kobietach, alkoholu, filmach, muzyce… generalnie o wszystkim.
- Skąd tak dobrze znasz Kraków? – zapytałam.
- Studiowałam tu przez dwa lata.
- To pewnie znasz jakieś tanie, dobre lokum, gdzie można by się przekimać?
- Znam… najlepsze.
Wypiłyśmy kilka piw, wypaliłyśmy sporo fajek, przegadałyśmy kilka
godzin, a gdy dopiłyśmy ostatnie piwo tego wieczoru, wyszłyśmy. Był
środek nocy, ale coś mi kazało zaufać Rivien. Przeszłyśmy przez prawie
pół miasta, w końcu dotarłyśmy do starych kamienic znajdujących się na
brzegu miasta. - To tu - oznajmiła Riv
- Tutaj? I tu ma być tanio? – zdziwiłam się
- Taniej takiego lokum nie znajdziesz.
- A ile kosztuje nocleg?
- Nie masz się czym martwić, tutaj się nie płaci – oznajmiła Rivien, a ja straciłam trochę grunt pod nogami.
Weszłyśmy na górę. Rivien wyjęła z torebki klucze. Tak, teraz mi
się w głowie rozjaśniło. To było jej mieszkanie. Gdy weszłam do środka
zamurowało mnie. Wnętrze było ogromne, nawet jak na stare kamienice.
Olbrzymi wręcz salon łączył się z kuchnią, która też do małych nie
należała, no i pokój, w którym była pracownia oraz duża sypialnia. - Jest jedno łóżko, ale ja się prześpię na kanapie, więc spokojnie możesz je zająć. – powiedziała
- Dobrze – nie spierałam się. – Gdzie łazienka? – spytałam
- Jedna jest tu, – wskazała na drzwi po prawej stronie drzwi
wejściowych – a druga obok sypialni. Rozgość się. Napijesz się czegoś?
- Może herbaty.
- Jakiej? Mam zieloną, czerwoną, czarną, białą lub owocową – powiedziała z uśmiechem
- A niebieskiej czasem nie masz? – zapytałam z uśmiechem. – Jak nie masz niebieskiej, to zielonej bym prosiła.
- Mówisz, masz.
Poszłam do sypialni, żeby się rozpakować. Nie było tego za wiele,
miałam taki zwyczaj, że woziłam ze sobą tylko mały plecak i torbę z
laptopem. Gdy już ogarnięta weszłam do salonu, herbata stała na stole,
a na beżowej kanapie siedziała Rivien wpatrzona w kominek, z głośników
płynął spokojny blues. W kominku wesoło trzaskał ogień. Piłyśmy zieloną
herbatę, słuchałyśmy muzyki i obserwowałyśmy dziki taniec płomieni. W
pewnym momencie poczułam jej dłoń na mojej dłoni. Była jedwabiście
delikatna. Dotyk jej pięknych palców przypomniał pożądanie, jakie we
mnie tkwiło. Nie cofnęłam jednak ręki. Dopijałyśmy herbatę patrząc na
ogień i trzymając się za ręce. Gdy herbata została wypita, doszłam do
wniosku, że pasowałoby się położyć spać. Poszłam do sypialni. Nie
mogłam przez długi czas zasnąć. Rozebrałam się do naga, lecz i to nie
pomagało. Wciąż o niej myślałam, czułam dotyk jej delikatnych dłoni,
marzyłam, ale nie śniłam. Usłyszałam szmer cicho otwieranych drzwi, ale
nie odwróciłam się.
- Aszka, śpisz? – zapytała Rivien podchodząc do łóżka
Odwróciłam się, gdy stała przy łóżku. Miała na sobie lekką koszulkę, która podkreślała jej kształtne piersi.
- Chodź, zmieścimy się obie – wyciągnęłam do niej dłoń. Chciała się rozebrać.
- Nie – zaprotestowałam cicho lecz stanowczo. – Jeszcze nie teraz.
Weszła pod kołdrę, którą zaraz zrzuciłam na podłogę. Oplotłam ją
ramieniem. Zawisłam nad nią patrząc na jej twarz. Była piękna, a ja
byłam naga. Poczułam dotyk tych delikatnych dłoni na swoich plecach.
Zbliżyłam swoją twarz do jej twarzy, swoje usta do jej ust i skradłam
jej pocałunek. Następny sama już mi oddała. Nasze języki tańczyły
równie ogniście jak płomienie w kominku. Moje dłonie, jej ciało od szyi
po końce stóp, sprytnie omijając jej czułe punkty. Moje usta wyrwały
się jej ustom i ruszyły drogą prowadzącą do jej piękna. Droga wiodła do
jej szyi, więc usta przystanęły tam na chwilę delikatnie kąsając ciało
swojej ofiary. Całowałam ją po szyi napawając się jej cichymi
westchnieniami. Jednak moje usta stwierdziły, że czas ruszać dalej,
schodziły więc stopniowo w dół, zaś dłonie pieszcząc jej brzuch
wspinały się ku górze. Gdy moje usta tak spragnione jej ciała dosięgły
piersi, spotkały tam moje ręce. Ssałam jej gładką białą pierś,
delikatnie przygryzając i liżąc brodawkę, równocześnie moja dłoń bawiła
się drugą piersią, głaszcząc ją i ugniatając zmysłowo. Zniżyłam się,
wiedziałam, że niecierpliwie czeka, aż dojdę do wzgórka, aż doprowadzę
ją do szczytu. Jednak mój plan był inny i Rivien musiała jeszcze trochę
wytrzymać. Gdy zajmowałam się pępkiem, usłyszałam cichy, ponaglający
jęk. Moja ręka zjechała w dół niby to przypadkiem dotykając jej
kobiecości. Ten dotyk trwał mniej niż sekundę a wstrząsnął całym jej
ciałem. Pocałunkiem zagłuszyłam kolejny jęk. Moja ręka pieściła
wewnętrzną stronę jej ud mokrych od jej soków, a ona każdym
westchnieniem błagała, bym zdobyła jej szczyt. - Jeszcze chwilkę – szepnęłam.
Widać było, że nie może już wytrzymać. Moja dłoń uniosła się kilka
centymetrów w górę. Jej kobiecość była całkiem mokra i gorąca. Gdy
bawiłam się wargami jej kobiecości, nie zdobywając jej jeszcze, cicho
pojękiwała. Wzięłam jej muszelkę w usta i zassałam, następnie wsunęłam
język w jej kobiecość poruszając nim w takt, jak pulsowała. Moje palce
zmieniły się z językiem. Ten krzyk! Ten piękny krzyk rozkoszy, nigdy wcześniej, ani później nie było mi dane słuchać przyjemniejszych odgłosów.
Zasnęłyśmy wyczerpane. A gdy się obudziłam, ona jeszcze spała.
Cichutko, nie chcąc jej budzić, pozbierałam swoje rzeczy i wyszłam.
Wsiadłam w pierwszy lepszy pociąg. Zrezygnowałam z Wrocławia i
pojechałam w świat. Gdy dwa miesiące później byłam za granicą, dostałam wiadomość,
że Rivien nie żyje. Zginęła w wypadku samochodowym. Do tej pory żałuję,
że nie zostałam, że ją opuściłam. Nie mogę sobie tego darować i nie
wiem, czy sobie daruję to do końca życia.